KAROL  ŻYCZKOWSKI                                                        Kraków,  7 kwietnia  2010

 

              Okruchy pamięci o moim Ojcu Michale

 

Jak wybrać i opisać najciekawsze wspomnienia o mym Ojcu – tak bliskim mi człowieku, którego pamiętam od zawsze? Pewnie mój Ojciec zauważyłby od razu, że wcale nie od zawsze, tylko przyjmując, że moje wspomnienia rozpoczynają się w dniu 27 kwietnia 1964  (pamiętam sam  me czwarte urodziny), to w sumie mogę  wybierać zdarzenia  okresu 42 lat (w tym okresie tylko 9 przestępnych) oraz jednego miesiąca, czyli  z 15370 dni. Ojciec kochał liczby i rachunki, lecz uczył nas także, aby podając dowolną wielkość  liczbową, pomyśleć pierw, czy wynik w ogóle ma sens, a następnie określić dokładność, z jaką został podany. W tym przypadku liczenie każdego dnia nie ma istotnego wpływu na dokładność wyniku, gdyż jakieś mgliste wspomnienia miałem także z wcześniejszych wakacji z roku 1963, więc podaną liczbę można traktować jako oszacowanie od dołu. Przy tak olbrzymich możliwościach wyboru materiału zrezygnuję z próby opisu zdarzeń w porządku chronologicznym, a jedynie przedstawię kilka obrazków, które mimo upływu lat na dobre utkwiły mi w pamięci.

 

Gabinet

Najważniejszą rzecz którą pamiętam z wczesnego dzieciństwa, to gabinet Ojca z książkami zajmującymi całą ścianę. Najpierw niewielki pokój w małym mieszkaniu na Grzegórzkach, gdzie mieściły się tylko trzy półki przygotowane przez stolarza na specjalne zamówienie. Po przeprowadzce w roku 1965 na nowe mieszkanie na Kleparzu do nowego gabinetu zamówiono dodatkowe dwa, a potem jeszcze trzy regały, które zajmowały jedną, a później dwie ściany pokoju Ojca.  Ten pokój robił wrażenie, nie tylko na gościach, ale też na nas, na dzieciach. Zwykłe sprawy rodzinne omawiało się przy stole podczas posiłków, lecz gdy Ojciec chciał omówić jakąś ważną rzecz z którymś z dzieci, zapraszał je na osobności do swego gabinetu i zamykał za sobą drzwi. Drzwi dźwiękoszczelne, które Ojciec zamontował w latach siedemdziesiątych już po urodzinach Aniki, swego czwartego dziecka, aby choć częściowo izolować się akustycznie od dość hałaśliwej reszty domowników.

 

Biurko i narzędzia

Odkąd pamiętam w gabinecie Ojca stało wielkie biurko z orzechową politurą, osobiście przez niego zaprojektowane. Biurko posiada sporą liczbę szuflad oraz wyciąganych blatów, które umożliwiają jego przedłużanie w dwóch prostopadłych kierunkach.  O ile znaczną część biurka zajmowały papiery Ojca, w których nie mieliśmy prawa (ani potrzeby) grzebać, to w dolnej szufladzie Ojciec trzymał swe narzędzia, z których czasem mogliśmy korzystać. Jako inżynier mechanik Ojciec z zamiłowaniem gromadził najróżniejsze wiertła, piły, pilniki i obcęgi wysokiej klasy, z których część, w czasach mizerii PRL-u, kupował za granicą. W późniejszych latach Ojciec rzadko wykonywał samodzielnie prace techniczne, ale przeważnie pracował siedząc z boku biurka ze swą maszyną do pisania.

 

Maszyna do pisania

stanowiła z czasem najważniejszy element jego warsztatu pracy. Gdy latem Ojciec na dłużej wyjeżdżał z Krakowa, swą maszynę w gustownej walizeczce zawsze zabierał z sobą, podobnie jak teraz wozimy laptopy. Ojciec sam opracował schemat klawiatury i zlecił wykonanie brakujących mu liter. Często używając symboli we wzorach matematycznych dorobił w niej przykładowo litery greckie φ oraz ψ. Oczywiście stało się to kosztem ‘polskich liter’, które Ojciec poświecił na rzecz greki. A że czasem szewc bez butów chodzi, po tych przeróbkach w maszynie nie było już litery Ż, tak ważnej dla naszego nazwiska. Ale Ojciec oczywiście pomyślał o tym i zaprojektował klawisz drukujący górną kropkę (lub apostrof) bez posuwania wałka maszyny do przodu. Taki patent pozwalał na napisanie polskich liter przy pomocy dwóch uderzeń palcem, kosztem poświęcenia tylko jednego klawisza maszyny.

            Po tych autorskich przeróbkach maszyna była swego rodzaju wyjątkiem i tekst na niej napisany można było rozpoznać bez najmniejszej trudności. Ojciec niekiedy zgadzał się, abyśmy pisali coś na jego maszynie, ale podczas stanu wojennego w latach 1981-83 matka uznała, że lepiej będzie, jak będziemy mieli w domu drugą,  standardową maszynę do pisania. Niedługo potem zaczęliśmy pisać teksty na komputerze, ale mój Ojciec swej maszynie do pisania pozostał wierny do końca życia.     

 

 Suwak i maszyna do liczenia

Podstawową działalnością mego Ojca było prowadzenie obliczeń. Zarówno obliczeń analitycznych, wykonywanych starannie drobnym maczkiem w zwykłych zeszytach w kratkę, które Ojciec datował, numerował i przechowywał latami  ‘na wszelki wypadek’, jak i obliczeń numerycznych. W pierwszych latach po studiach latach Ojciec stosował zwyczajny suwak logarytmiczny. Pracując na nim przygotował wydane w 1953 roku tablice funkcji beta Eulera, które są  często używane w obliczeniach inżynierskich. Sporządzenie kompletnych tablic danej funkcji pochłonęło mnóstwo czasu, lecz obecnie tablice te nie są już używane, gdyż współczesny komputer oraz odpowiedni program (typu Mathematica) natychmiast poda wartość zadanej funkcji ze znacznie większą dokładnością.

Po pobycie w Anglii Ojciec nabył drogą elektryczną maszynę do liczenia. Maszyna ta pracowała niezbyt szybko, ale pozwalała na wykonanie czterech podstawowych działań. O ile dodawanie, odejmowanie i mnożenie przebiegało sprawnie i raczej cicho, to zwykłe dzielenie trwało bardzo długo. Co gorsza, maszyna wtedy głośno hałasowała oraz zakłócała działanie telewizora sąsiadom na wyższym piętrze. Jak wspominała matka, gdy sąsiedzi chcieli obejrzeć jakiś ważny program na swym nowym telewizorze, schodzili grzecznie prosić pana profesora, aby w tym czasie powstrzymał się od wykonywania swych obliczeń, a już w żadnym wypad ku nic nie dzielił.

 

Kalkulatory i komputery

W latach siedemdziesiątych Ojciec przywoził z wyjazdów zagranicznych coraz to lepsze kalkulatory. Używał ich chętnie i często, doceniając coraz to większy zasób ich funkcji matematycznych oraz możliwości obliczeniowych. Wiosną roku 1983 Ojciec przywiózł z Anglii pierwszy komputer domowy - ZX Spectrum. Sam wykorzystałem go przy pisaniu mojej pracy magisterskiej (równocześnie licząc też w Cyfronecie na komputerze Cyber), a mój brat Stefan nauczył się szybko języka maszyny (assemblera)  i  zasłynął jako autor jednych z pierwszych gier pisanych w Polsce na ten komputer. Wszelkie dane oraz programy na ZX Spectrum trzeba było wtedy zapisywać  przy pomocy taśmy magnetofonowej, a Ojciec nie miał do tego przekonania i cierpliwości. Pewnie dlatego też nigdy sam nie zaczął pisania programów na swym komputerze, prosząc nas niekiedy o wykonanie drobnych rachunków. Później poważniejsze obliczenia numeryczne wykonywali koledzy i uczniowie Ojca, ale on sam interesował się zawsze postępami w technice komputerowej. 

 

Domowa biblioteka

Najważniejszym elementem gabinetu Ojca były książki – olbrzymia liczba staranie poukładanych książek. W czasach kawalerskich Ojciec wręcz prowadził domową bibliotekę naukową: każdą książkę miał ponumerowaną i skatalogowaną, ze stosowną fiszką w specjalnej szufladce umożliwiającą zanotowanie faktu pożyczenia książki. W miarę powiększania się  księgozbioru, katalog nie był już prowadzony, lecz Ojciec ściśle przestrzegał ustalonego porządku książek i każdą z nich umiał na zawołanie natychmiast odnaleźć.

 Ojciec corocznie zapraszał do domu swoich studentów i przyjmował ich w swym gabinecie. Często pierwsze pytanie gości dotyczyło liczby książek lub ich wartości. Jako małe dziecko pamiętam, gdy Ojciec odpowiedział raz studentom, iż księgozbiór kosztował go więcej niż dobry samochód. W owych czasach wydawało mi się to niepodobieństwem: wszak polskie książki były (wówczas!) relatywnie tanie, a samochody (niebotycznie) drogie, a więc takie porównanie w mym przekonaniu jasno wykazywało niezwykłą wartość biblioteki Ojca. Oczywiście najdroższymi pozycjami księgozbioru były książki wydane na Zachodzie, za które często trzeba było płacić równowartość średniej pensji w Polsce. 

 

Matematyka na metry

Przygotowując się do olimpiad matematycznych w okresie licealnym zainteresowałem się bardziej pewną częścią biblioteki Ojca. Ostatni regał przy oknie był prawie w całości przeznaczony na książki matematyczne, z których tylko część była pisana po polsku. Najchętniej sięgałem do książek wydanych jeszcze przed wojną (Banach, Sierpiński, Łomnicki), oraz wydrukowanych na ładnym papierze pod koniec lat 40-tych reprintów polskich podręczników, które stanowiły powojenny dar rządu szwedzkiego dla kultury polskiej. Znaczną część swych książek Ojciec dawał do oprawy introligatorowi, a tytuły wydrukowane złotą czcionką na zielonym płótnie grzbietu każdej pozycji nadawały całemu księgozbiorowi pewnego dostojeństwa.  Książek z samej tylko matematyki było ponad 6 metrów bieżących, a to tylko niewielki fragment całości księgozbioru.

W latach licealnych oraz studenckich zdarzało mi się radzić ojca w sprawach matematycznych. Często dawał mi wskazówki literaturowe, a niekiedy podsuwał możliwości rozwiązania problemu. Czasami zainteresował się bardziej postawionym pytaniem, a niekiedy wręcz przeliczał coś w związku z moim problemem. W takich sytuacjach bywałem onieśmielony, gdyż Tata obliczenia analityczne wykonywał znacznie szybciej i sprawniej niż ja. Mylił się rzadko, ale też umiał znaleźć błąd w własnych rachunkach. Jeżeli chodzi o praktyczną umiejętność rozwiązywania równań różniczkowych, zagadnień wariacyjnych czy znajomość funkcji specjalnych, to w ciągu mego życia nie spotkałem nikogo, kto mógłby się z nim równać.

 

Książki i języki

Większość księgozbioru stanowiły książki z różnych dziedzin mechaniki, które Ojciec z lubością kolekcjonował, bez względu na język, w którym były napisane. Z powodów ekonomicznych najwięcej było książek rosyjskich, ale z czasem przybywało też pozycji anglojęzycznych. Ojciec mówił biegle po angielsku, niemiecku i rosyjsku, ale teksty techniczne czytał sprawnie po francusku i hiszpańsku. W swoich zbiorach miał też książki po portugalsku, włosku, rumuńsku, szwedzku oraz  czesku, a mam podstawy sądzić, że wiedział co w nich jest napisane. Dopiero otwierając książkę po chińsku lub japońsku przyznawał, że poza ulubionymi wzorami nic więcej nie jest w stanie zrozumieć.

 Po śmierci Ojca nasza Matka przekazała jego bibliotekę Politechnice Krakowskiej. Cieszę się bardzo, że zorganizowano tam Czytelnię imienia Ojca, a Jego księgozbiór nie uległ rozproszeniu.

 

Obciążenia złożone

Ojciec był człowiekiem pracowitym i pracował w zasadzie stale. Ale też jego kalendarz prac zagęścił się we wczesnych  latach siedemdziesiątych, gdy pisał swą podstawową książkę „Obciążenia złożone w teorii plastyczności” (PWN, Warszawa 1973). W tym okresie miał jeszcze mniej czasu niż zwykle i często od różnych wizyt i spacerów wymawiał się koniecznością pracy nad książką. Pamiętam wielokrotne ustalenia domowe, że jak tylko Tata skończy pisać swą książkę, to będzie mieć więcej czasu dla domu i rodziny. Oczywiście takie zapewnienia nigdy nie zostały w pełni zrealizowane – po skończeniu ostatniej autorskiej korekty „Obciążeń” przyszła kolej na angielską wersję „Combined Loadings”, a potem na kolejne prace i książki…

 

Mechanika: teoria i praktyka 

Ojciec miał wszechstronne wykształcenie inżynierskie i początkowo specjalizował  się nie tylko w technologii budowy maszyn i konstrukcji pojazdów szynowych, ale zrobił też specjalizację samochodową. Zawsze cenił pracę przy pomocy dobrych narzędzi, ale dłubać przy własnym samochodzie nie miał specjalnej ochoty – najczęściej oddawał go do prywatnego warsztatu prowadzonego przez któregoś z  absolwentów Politechniki.

 

 

Referat Ojca podczas konferencji w roku 1960

            Jego praca twórcza polegała na rozwijaniu teorii wytrzymałości materiałów, optymalizacji konstrukcji i teorii plastyczności. Ale prace teoretyczne często odnosiły się  do konkretnych doświadczeń. Ojciec miał w domu zestaw prętów dziwnie wyboczonych na skutek przyłożonych sił, na przykładzie których mógł tłumaczyć laikom czym się zajmuje: - Należy z jednej strony przewidzieć, jak zachowa się dane ciało pod wpływem dużych obciążeń, a z drugiej strony zaprojektować optymalny kształt konstrukcji nośnej, która może wytrzymać jak najwięcej.

                                                                                              

                                                                                                                                                                                            Wyboczone pręty do ilustracji wykładu

 

 

Listy i papiery 

Już po śmierci Ojca miałem okazję porządkować jego papiery, które starannie segregował wedle daty. Co roku osobne koperty z kopiami listów wysyłanych, listami otrzymanymi, kopiami recenzji i maszynopisami artykułów własnych oraz zapasowymi odbitkami opublikowanych już prac wędrowały na dno składanego łóżka lub na pawlacz. Przez lata uskładały się z tego istne góry zadrukowanych papierów. Przeglądając je stwierdzałem ze zdumieniem, ile pracy wkładał Ojciec w różne sprawy, przykładowo pisząc staranny list wiodący do redakcji pisma, do którego dołączona była recenzja czyjegoś artykułu. Obecnie takie sprawy załatwiane są mailem, recenzje pisze się wprost na komputerze i wysyła przez internet, a zamiast listu wiodącego wystarcza często wpisanie  nazwiska i klikniecie w gotowy schemat. Ale też obecnie naukowcy piszą  znacznie więcej artykułów niż pisano dawniej, a także więcej recenzji innych prac, opinii o młodszych kolegach, podań o granty i raportów z wykonanych prac badawczych. Więcej, szybciej, ale niekoniecznie lepiej. Tempo życia i pracy naukowej było dawniej wolniejsze, a dzięki temu więcej czasu pozostawało na staranniejsze podejście do wszelkich zadań i obowiązków.

                                                                              Strony 1 i 2 z zeszytu nr 71 z roboczymi notatkami Ojca

 

 Studenci  i egzaminy

Jako małe dzieci byliśmy przez Ojca nauczeni odbierać telefon podając wyłącznie nasz numer: trzy-dwa-cztery-dwa-dwa, bo wtedy w Krakowie funkcjonowały jeszcze numery pięciocyfrowe. Tak telefony odbierał zawsze Ojciec, a ktoś z dzwoniących stwierdził kiedyś, że cyfry te nietrudno zapamiętać, gdyż przypominają oceny stawiane podczas Ojca podczas ostatniej sesji egzaminacyjnej.

            W rzeczywistości Ojciec był wprawdzie wymagającym, lecz nie bardzo surowym egzaminatorem i  z pewnością nie lubił stawiać dwój. Gdy byłem jeszcze w wieku przedszkolnym Ojciec pojechał raz w styczniu do Szczyrku na narty i złamał nogę. Później z  nogą w gipsie przez miesiąc nie chodził na uczelnię i zdecydował się przeprowadzić egzamin u nas w domu. Pamiętam  grupkę zaaferowanych studentów czekających w hallu naszego mieszkania na swoją kolej, oraz Ojca egzaminującego ich w swym gabinecie. Zastanawialiśmy się wtedy z bratem, czemu goście tak się denerwują, a że wiedzieliśmy już sporo o chorobach zakaźnych, zaczęliśmy ich pocieszać:  Nie ma się czego bać, złamanie nogi nie jest chorobą zakaźną,  więc się od naszego Taty nie zarażą. 

            W latach studenckich brat Adam odwiedzał raz znajomych na Politechnice i przypadkiem trafiając na kolejkę studentów czekających  pod gabinetem Ojca, zadawał typowe pytania giełdy egzaminacyjnej: - Czego was pytał?  A czy dużo wymaga? Czy dziś kogoś już oblał?  

Jak się wtedy okazało, oblać egzamin nie było tak łatwo. Ojciec interesował się bardzo postępami studentów starszych lat, a każdą grupę specjalności „Mechaniki Stosowanej” V roku corocznie zapraszał do nas do domu na małe co nieco. Takie wizyty zawsze przebiegały w miłej atmosferze, a Tata starał się lepiej ich poznać. Jedynie odwiedziny studentów zimą roku 1982, podczas pierwszej zimy stanu wojennego, nie były zbyt udane. Poprzedniego dnia, panowie z pewnego urzędu przyszli do domu pytać o moją osobę. Szczęśliwym trafem nie było mnie wtedy w domu, ale cały następny dzień trwała gorączkowa dyskusja, czy trzeba przekładać wizytę studentów. Telefony wtedy nie działały, więc zmiana terminu nie była prosta i ostatecznie spotkanie się odbyło. Ale jak mi później opowiadali koledzy – studenci Taty – rozmowa nie kleiła się zbyt dobrze, a rodzice odetchnęli z ulgą, gdy goście już wyszli. Matka bowiem cały czas zastanawiała się, co mogłaby powiedzieć w przypadku, gdyby pracownicy Urzędu zapewniającego obywatelom Bezpieczeństwo znów przyszli i zastali w mieszkaniu trzydziestu studentów. Podczas stanu wojennego wszelkie zgromadzenia były przecież zakazane…  

 

Bliźniacy i trojaczki

We wczesnym dzieciństwie miałem jednego brata – bliźniaka Adama. Widząc wrażenie, jakie robi to na dorosłych, zawsze z dumą informowałem ich o nim. Gdy mieliśmy po sześć lat urodził się brat Stefan, a na pytania o rodzeństwo zaczęliśmy głosić, że jesteśmy trojaczkami, bo kiedyś słyszeliśmy to słowo. Słysząc to Tata zaśmiał się, ale przyznał, że nasza ekstrapolacja, choć błędna, zawiera w sobie nieco logiki. Po czym spokojnie wyjaśniał nam znaczenie liczb i poszczególnych słów oraz tłumaczył, że urodziliśmy się bliźniakami i nimi już pozostaniemy. I rzeczywiście, gdy później urodziła się nasza siostra Anika, nie mieliśmy już wątpliwości,  że nie zostaliśmy czworaczkami.

Niekiedy kłóciliśmy się z bratem bliźniakiem i często porównywali swe domowe obowiązki oraz przywileje. Aby zmniejszyć konieczność słuchania narzekań oraz rozstrzygania sporów, Ojciec przygotował kiedyś dwie małe preparatki zatytułowane:  „Adam ma lepiej” oraz „Karol ma lepiej”. Następnie dał mnie pierwszą z nich, a bratu drugą, oraz zalecił, aby zamiast spierać się głośno na forum rodziny, każdy z nas czując, że jest ‘pokrzywdzony’, wpisał szybko do swej preparatki, co mu dolega, a po każdym miesiącu zostanie zrobiony porównawczy bilans obu zeszytów. W praktyce nie bardzo nam się chciało pisać w tych zeszycikach, ale mając taką możliwość sprzeczaliśmy się nieco mniej. Ta niekonwencjonalna metoda wychowawcza Taty, dostosowana specjalnie do zagadnienia chowu bliźniaków, okazała się dość skuteczna.

 

Dzień pracy

Jako dziecko byłem przyzwyczajony, iż Ojciec chodzi spać jako ostatni, gdyż lubił długo pracować późnym wieczorem. Dlatego też nie wstawał rano wcześnie, a do pracy wychodził koło dziesiątej. Na swoją Politechnikę chodził codziennie, choć  czas spędzał tam głównie na wykładach, zajęciach i konsultacjach, a pracę twórczą pozostawiał na dom. Ojciec wracał do domu regularnie kwadrans po trzeciej, po obiedzie kładł się na spoczynek, a właściwą pracę rozpoczynał po drzemce, około piątej. Był domatorem i jeżeli nie miał ważnego powodu, to popołudnia spędzał najchętniej w własnym pokoju. Przeważnie przy biurku.

            W tamtych czasach nie było jeszcze poczty elektronicznej, a z pracą Ojca związana była liczna korespondencja: listy, prace, recenzje... Zamiast zostawiać pocztę na Politechnice, Tata sam pakował każdy list do koperty i często wieczorami spacerował na pocztę, aby nadać listy jeszcze w dniu ich napisania.  W późniejszych latach krótkie wieczorne spacery, już nie koniecznie na pocztę, stały się stałym punktem każdego dnia. 

 

Codzienny obiad

Rodzice starali się świętować rytuał codziennego wspólnego obiadu, który tradycyjnie przygotowywany był o w pół do czwartej, a dzieci w miarę możliwości starały się w nim uczestniczyć. Każde z nas miało ściśle określone miejsce przy stole, które zmieniano tylko w przypadku pojawiania się gości. Mimo trudności zaopatrzeniowych w latach siedemdziesiątych Mama starała się zawsze uświetnić obiad jakimś deserem, a nawet skromna miseczka malinowego kisielu pokropionego białą śmietaną podkreślała wrażenie obfitego posiłku. Aby ograniczyć grymasy dzieci przy jedzeniu, każde z nas miało przywilej wybrania zawczasu jednej potrawy, z której jedzenia byliśmy zwolnieni. Poza tą wybraną potrawą mieliśmy jeść wszystko, a podczas posiłku nie skarżyć się na jedzenie.

 Przy obiedzie rozmawiało się na różne tematy, a Ojciec czasem dzielił się z Matką swoimi wrażeniami z pracy, tak że niektórych jego kolegów jako dzieci znaliśmy z opowiadań. Często rozmawiało się też na tematy społeczne i polityczne, ale też dzieci opowiadały o swych problemach i sukcesach. Kilkoro przyjaciół do dziś wspomina, jakie wrażenie robiło na nich uczestnictwo w codziennym obiedzie z moimi rodzicami ponad trzydzieści lat temu.

 

Kawa i sok pomarańczowy

Ojciec sam mało zajmował się kuchnią i przygotowywaniem posiłków, ale też miał swe zastrzeżone rewiry. Zawsze osobiście z lubością kupował rozmaitą kawę, a co kilka lat zmieniał swe maszyny do jej zaparzania. Nie uznawał kupowania zmielonej kawy, ani tym bardziej kawy Neski w proszku. Zawsze osobiście mielił ziarna kawy tuż przed spożyciem i z przyjemnością serwował kawę gościom.

Inną miłością Ojca był sok pomarańczowy, do którego przekonał się podczas pobytu w Anglii jeszcze przed swym ślubem. Obecnie trudno to sobie wyobrazić, ale w latach PRL-u w zwykłym polskim sklepie nie można było kupić ani pomarańczy, ani soku pomarańczowego. Ojciec niekiedy przywoził z Zachodu zgęszczony sok pomarańczowy (później kupował go w Czechosłowacji), a niedzielne śniadania starał się świętować rozrabiając  sok, a potem nalewając go szklaneczkę każdemu domownikowi.

 

Słodycze i ‘ciała stałe’  

Przez całe życie Ojciec  lubił słodycze i czekolady. W pewnym okresie życia miał nadwagę, więc dlatego nie obnosił się z swą słabostką. Czasem kupował czekolady dla dzieci, ale niekiedy odkładał też coś dla siebie i chował je do którejś szuflady swego biurka. Oczywiście takich skarbów nie da się zupełnie ukryć przed dziećmi, a więc wszyscy na zmianę podjadaliśmy je po trochu. Prowadziliśmy nawet pewną grę, gdyż dobierając się do jego zapasów, nigdy nie otwieraliśmy nowej czekolady, jako że taki czyn łatwo byłoby odkryć. Natomiast znajdując otwarta czekoladę, ułamywaliśmy po jednym rządku, licząc że takie przewinienie nie będzie w ogóle zauważone. Warto było zachowywać się jak Indianin i nie zostawiać po sobie żadnych śladów.

Kiedyś rodzice otrzymali od znajomych piękne pudełko czekoladek, ale przez dłuższy czas nie chcieli go otwierać. Bardzo mnie ono korciło i raz pod nieobecność rodziców nie wytrzymałem i wyjadłem czekoladkę. Naturalnie poświęciłem sporo czasu,  aby niezwykle starannie odwiązać elegancką tasiemkę,  odwinąć folię, odkleić pokrywkę, wyjąć jedną czekoladkę a później dokładnie  rzecz zapakować i odłożyć na miejsce. Te czynności wykonałem wystarczająco precyzyjnie, bo gdy rodzice w końcu otworzyli pudełko by poczęstować gości, Mama z przekonaniem stwierdziła: - Zobacz jakie wybrakowane pudełko im sprzedano - brakuje jednej czekoladki.  Ale Ojciec rozejrzał się bacznie po domownikach, a ja wtedy nie mogłem powstrzymać się od nieznacznego grymasu twarzy. To mnie chyba zdradziło, więc na bezpośrednie pytanie kontrolne: - Karol popatrz mi w oczy i powiedz, czy ją wyjadłeś – uśmiechając się musiałem się przyznać.

Czasem na deser do obiadu był jedynie (zupełnie ciekły) kompot. Wtedy Tata uważał że to mało i wyciągał ze swych zapasów, jakieś ‘ciała stałe’, czyli kruche ciasteczka, wafelki  lub pierniki. W tamtych czasach nie było takiego wyboru  ciastek  jak obecnie i matka często sama piekła ciasta lub ciasteczka.

 

 

 

Zakupy spożywcze

Zdobywanie zapasów jedzenia dla sześcioosobowej rodziny stanowiło nie lada problem w latach chronicznego niedoboru towarów na rynku. Ojciec nie zajmował się codziennymi zakupami, ale bardzo dbał o stan piwnicy, w której z upodobaniem przechowywał swe zdobycze. Jak już wybrał się do sklepu potrafił kupić słoiki miodu i dżemu, puszki warzyw czy płatki dla dzieci w ilościach hurtowych – często kazał nam układać w szafie w piwnicy całe kartony niepsującej się żywności, które udało mu się gdzieś zdobyć.

Pewnego dnia szukałem w sklepie andrutów, koniecznych do sporządzenia piszingera, który mama obiecała przygotować na moje imieniny. W kilku okolicznych sklepach poinformowano mnie, że andrutów nie ma i nie będzie. W kolejnym sklepie dowiedziałem się,  że andruty owszem były jeszcze tego dnia rano, ale właśnie przed godziną pojawił się jakiś facet i wykupił sam wszystkie, jakie były. W pierwszej chwili byłem porażony ogromem swego nieszczęścia i wściekły na tak pazernego kupca, ale po chwili zaświtała mi w głowie jakaś wątła nadzieja. Popędziłem szybko do domu, gdzie okazało się, że jest dobrze. Mój Ojciec przypadkiem zaglądnął do tego sklepu, a wiedząc że potrzebujemy andrutów, które się raczej nie psują, bez wahania wykupił je wszystkie.

Jego nietypowe zwyczaje zakupów mogły też czasem uciążliwe dla otoczenia. Kiedy przypadkiem przechodząc przez plac targowy kupował „przypadkiem” 3 kilogramy pieczarek lub 10 kg moreli (w tych czasach nie można było iść na targ i kupić co się zaplanowało, tylko kupowało się to, co akurat było w sprzedaży!), oczekiwał że Matka zmieni swoje plany tak, aby jeszcze tego samego dnia zabrać się do przetwarzania jego zdobyczy. Ale też w takich przypadkach lojalnie chodził do piwnicy przynieść słoiki, czyścił grzyby lub drelował owoce.

Po pobycie w Stanach byliśmy przyzwyczajeni do jedzenia na śniadanie  płatków z mlekiem. Wtedy w Polsce nie bardzo można było ich kupić, a z trudem dostępne płatki kukurydziane produkcji rumuńskiej jakością znacznie ustępowały  Kellog corn flekes’, do których byliśmy przyzwyczajeni. Aby nam to jakoś wynagrodzić Ojciec wprowadził zwyczaj, że każde dziecko ma prawo do dosypania do codziennych płatków garści rodzynek, które starannie odmierzano kieliszkiem do jajka. Aby móc realizować taką obietnicą Ojciec sam starał się zapewnić ciągłą obecność rodzynek w domowych zapasach. Raz kupił ich na wagę znaczną ilość, a mój dwunastoletni wtedy brat Stefan, aby pochwalić się domowymi zwyczajami, zagadnął  raz swego kuzyna: – Zgadnij, ile kilogramów rodzynek kupił ostatnio nasz Ojciec? Kuzyn znając nieco swego wuja odparł – Sądzę że cztery – co stanowiło znaczną ilość w porównaniu do standardowego opakowania ważącego 250g.  –Pomyliłeś się dokładnie cztery razy – odparł Stefan. – Czyli wuj kupił zaledwie jeden kilogram rodzynek? – spytał z nutą zawodu kuzyn. – Nie, Ojciec kupił równo 16 kilogramów rodzynek – odparł brat z dumą. W sklepie sprzedawano je na wagę z kartonowych pudeł, a Ojcu udało się przekonać sprzedawcę, aby zamiast odważać daną ilość, sprzedał mu całe pudło. Przez kilka następnych miesięcy chodziliśmy do piwnicy, aby z tego pudła napełnić plastikowy pojemnik na rodzynki trzymany na co dzień w kuchni. 

 

Szynka Świąteczna 

W latach mej młodości zakup wędliny nie był rzeczą prostą. Matka utrzymywała kontakty z ‘paniami z placu’. Czasem przynosiły nam one kiełbasę lub spore kawały mięsa, za które Mama od razu płaciła gotówką, a później odstępowała część rodzinie i znajomym. Ale skoro szynki nie było u nas w domu na co dzień, tym bardziej smakowała nam podczas świąt. Ojciec już jesienią kupował na Boże Narodzenie wielką szynkę w puszce, którą przez całe  miesiące mogliśmy podziwiać w piwnicy. Niekiedy udawało się też zdobyć surową szynkę, którą matka gotowała tuż przed świętami. Gdy po uroczystej postnej wigilii i wspólnym wyjściu na pasterkę, wracaliśmy do domu, Ojciec rozpoczynał świętowanie krając wyciągniętą z pieca szynkę i dając po plasterku  do skosztowania każdemu dziecku. Obecnie w każdym polskim sklepiku z wędlinami dostać można mnóstwo gatunków szlachetnych wędlin, ale do dziś za najsmaczniejszą na świecie uważam szynkę, którą Ojciec częstował nas w dzień Bożego Narodzenia o w pół do drugiej nad ranem.

 

Półbuty i Garnitury 

Wychodząc do pracy na Politechnikę Ojciec ubierał garnitur i krawat. Dlatego też Ojciec dbał o swe ‘ubrania robocze’ i co pewien chodził do krawca zamawiać nowy garnitur szyty na miarę. Jego codzienny strój uzupełniały czarne półbuty, które ojciec zamawiał u szewca, mimo że kosztowały o wiele więcej, niż gotowe buty niekiedy dostępne w sklepie. Ale Ojciec uważał, że najważniejsza jest jakość ubioru, za którą trzeba dobrze zapłacić. Na przyjście gości Ojciec zawsze ubierał garnitur, a w zasadzie nie wychodził z domu w innym stroju. Czasami żartowaliśmy, że Tata wiąże krawat nawet, gdy ma wyjść na pocztę.

Wracając z zagranicy Ojciec kupował niekiedy zachodnie kosmetyki lub zagraniczną pastę do zębów. Wtedy trzymał ją w swej szafce w łazience, aby nie zniknęła za szybko, używana przez wszystkich domowników. Na początku buntowaliśmy się przeciwko tym jawnym pogwałceniom elementarnych zasad domowej demokracji, ale z czasem przyzwyczailiśmy się do specjalnego traktowania różnych domowych drobiazgów, zastrzeżonych niejako wyłącznie do użytku Ojca.

 

Ogłoszenia w prasie

W latach siedemdziesiątych zakup ciekawszych artykułów przemysłowych wymagał nie tylko pieniędzy, ale też wiele zachodu. W sklepach ‘artykułów gospodarstwa domowego’ ARGED po  pralki i lodówki ustawiały się wielodniowe (!) kolejki, a chętni na zakup wpisywali się na ‘listy kolejkowe’, według których o danej godzinie  codziennie sprawdzano obecność. Ojciec nie miał czasu ani  ochoty na ustawianie się w takich kolejkach, ale te same towary można też było po wyższej cenie odkupić od osób, którym udała się trudna sztuka nabycia towaru bezpośrednio w sklepie. W tym celu przeważnie dawało się ogłoszenia do gazet, gdzie kwitły zarówno rubryki ‘Kupię’ jak i ‘Sprzedam’. Ponieważ za ogłoszenie w prasie płaciło się od słowa, układało się je krótko. Pewnego razu do rubryki ‘Kupię’ w krakowskim  Dzienniku Polskim Ojciec dał nietypowe ogłoszenie:

      Zamrażarkę, malakser, kajak składany kupię tel. 32422.

W zadziwiający sposób otrzymaliśmy wnet sporo rozsądnych zgłoszeń i propozycji, tak że w ciągu tygodnia udało nam się kupić wszystkie trzy potrzebne artykuły. 

Ameryka, Ameryka 

W roku 1971 Ojciec pracował w USA jako ‘visiting professor’ na University of Massachusetts w małym miasteczku  Amherst, 120 km na zachód od Bostonu. W tamtych czasach wyjazdy z Polski z rodziną na rok należały do rzadkości, a więc jako dzieci byliśmy zadziwieni możliwością poznania innego świata. Przez rok chodziliśmy do szkoły, a rodzice na Uniwersytet. .                     

 

 

     Z rodzicami i Adamem w Amherst,  USA, 1971

 

 W ciągu wakacji przemierzyliśmy samochodem trasę do San Francisco i z powrotem, a Ojciec bardzo starannie zaplanował całą podróż. Odwiedzał kilka uniwersytetów, na których miał zaproszone referaty, a poza tym zwiedzaliśmy znane parki narodowe. Wiele nocy spędzaliśmy na campingach, a była to dla nas niezapomniana wyprawa.

 

Wyjazdy do Warszawy 

Od wczesnego dzieciństwa pamiętam, jak Ojciec starannie przygotowywał się do swych służbowych wyjazdów do stolicy. W czasach gdy na zamawianą u telefonistki   „błyskawiczną” rozmowę z Warszawą trzeba się było sporo naczekać, taka podróż oznaczała wyjazd w wielki świat. O ekspresach kursujących  centralną magistralą kolejową poniżej trzech godzin trudno było nawet pomarzyć, więc Ojciec wyjeżdżał w przeddzień nocnym pociągiem, aby zdążyć do Warszawy na poranne seminarium lub zebranie Akademii Nauk. Przed wieczornym wyjściem z domu starannie pastował swe zawsze czarne półbuty, pakował górę potrzebnych papierów oraz rzeczy osobiste do spania w wagonie sypialnym. Najczęściej wracał zmęczony kolejnego dnia późnym wieczorem. Podróżował z dwiema teczkami, które najczęściej pogrubione wracały do Krakowa. Z Warszawy Ojciec nie przywoził jednak prezentów dla dzieci, a jedynie kolejne naukowe książki, które kupował dla siebie i swych kolegów przed wejściem do pociągu regularnie odwiedzając wielką księgarnię na parterze Pałacu Kultury i Nauki.

 

Dziadek Józef Życzkowski 

Mój dziadek Józef uzyskał tytuł doktora praw na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale nad prawo przekładał muzykę. Po studiach muzycznych zdecydował się nie uprawiać zawodu prawnika, a rozpoczął nauczanie muzyki w szkole pedagogicznej. Pisał książki o metodyce wychowania muzycznego, był długoletnim dyrygentem wielu krakowskich chórów, lecz najbardziej sobie cenił dyrygowanie w latach dwudziestych Krakowskim Chórem Akademickim Uniwersytetu Jagiellońskiego, założonego w 1878 roku. Już po II wojnie pracowicie spisał historię tego najstarszego chóru akademickiego w Polsce, lecz jego bardzo obszerny maszynopis nie mógł znaleźć wydawcy.

 Dziadek Józef zmarł w Krakowie w styczniu 1967. Kilka lat później Ojciec mój podjął trudną decyzję: przez ponad rok zredukował nieco swą aktywność naukową, aby w wolnym czasie móc przygotować do druku skrócone i przerobione dzieło mego dziadka. Dobrze pamiętam długotrwały wysiłek Ojca, gdy na swej maszynie strona po stronie przepisywał skracaną według zaleceń wydawcy historię chóru. Ojciec prosił mego brata Adama i mnie o przygotowanie indeksu nazwisk do tej książki, co w tamtych przed komputerowych czasach trzeba było wykonać ręcznie. Dzięki temu sam dobrze poznałem historię Chóru Akademickiego oraz ogrom pracy włożonej w przygotowanie książki do druku. Jego praca z wczesnych lat siedemdziesiątych doczekała się pomyślnego zakończenia: w roku 1977 książka ‘Gaudeamus Igitur’  Józefa Życzkowskiego została wydana przez Wydawnictwo Literackie w Krakowie. A ja wspominając zaangażowanie Ojca w dokończenie dzieła mego dziadka postanowiłem obecnie napisać ten tekst oraz przygotować witrynę internetową poświęconą pamięci Ojca.

 

Muzyka

Ojciec odziedziczył słuch absolutny po mym dziadku i w młodości szkolił się muzycznie. Potem jednak poświecił się mechanice i matematyce stosowanej, lecz nadal interesował się muzyką. Kupował płyty z amerykańskim jazzem, ale nie stronił także od muzyki poważnej. W latach późniejszych z jakiegoś wyjazdu przywiózł jeden z pierwszych odtwarzaczy CD i cieszył się nieporównanie lepszą jakością dźwięku. Aby wypróbować nowy sprzęt zaprosił przyjaciół na zestawiony przez siebie z rzadkich wówczas dysków kompaktowych koncert muzyki poważnej.

 

     The famous clarinet opening of Rhapsody in Blue.

Pracując popołudniami w swoim pokoju Ojciec zawsze puszczał jakąś muzykę. Często ulubionego Georga Gershwina Rhapsody in Blue, Porgy and Bess, czy Amerykanin  w Paryżu. Lubił też melodie Raya Conniffa, a w domu miał całą kolekcję płyt “Ray Conniff Singers”.  Niestety żadne z dzieci nie odziedziczyło jego słuchu i zamiłowania do muzyki. Ale każde z nas pamięta, atmosferę przyjaznych dźwięków, która zawsze panowała w gabinecie Ojca.    

     

 

 

 

 Babcia Karolina   

Mój Ojciec był jedynakiem bardzo związanym ze swą matką, a moją babką Karoliną. Pewna definicja dzieciństwa głosi, że kończy się ono w momencie śmierci babki. Z takiego punktu widzenia Ojciec długo był dzieckiem, gdyż moja prababka Stefania żyła długo i doczekawszy się czwórki prawnuków zmarła w Krakowie w roku 1975. Po śmierci swej matki moja Babcia mieszkała już sama, a Ojciec codziennie o dziewiątej wieczorem dzwonił do niej spytać jak się miewa.

Gdy po śmierci Babci robiłem porządki w jej papierach znalazłem stosy równo poukładanych listów od Ojca pisanych wiele lat wcześniej. I te z pierwszych wyjazdów studenckich, i te późniejsze z pobytu w londyńskim Imperial College w roku 1958.  Najciekawsze dla mnie były te pisane w roku 1971 ze Stanów, gdy opisywały miejsca i zdarzenia, które sam pamiętałem.

 

Karolina Życzkowska na portrecie Haliny Cieślińskiej-Brzeskiej

 

Przez długie lata jeździliśmy na część wakacji do Piwnicznej, gdzie całe lato spędzała babcia. Tam też poznaliśmy różnych jej znajomych, na przykład malarkę, panią Halinę Cieślińską – Brzeską, która malowała także nasz dom.

 

Piwniczna oraz granice

Dziadek Józef wybudował nowy dom na swej parceli w Piwnicznej w roku 1936. Jest to duży drewniany dom letniskowy, który do dziś stoi nad Popradem blisko centrum miasteczka, zaledwie o cztery kilometry od granicy słowackiej. Zarówno dziadek jak i Ojciec byli mocno związani z Piwniczną i zawsze tam spędzali wakacje. Przygotowując się do wyjazdu na lato Ojciec zabierał z sobą a Krakowa sterty papierów i maszynę do pisania. W Piwnicznej dobrze odpoczywał, ale zawsze znajdywał sobie jakąś papierową robotę.

Ojciec znał dobrze Beskid Sądecki,  a młodości chodził na dłuższe wycieczki piesze i narciarskie. Później chadzał na krótsze wycieczki, często połączone z poszukiwaniem rydzów - ulubionego przysmaku Ojca. Pod koniec życia jego możliwości spacerów po górach były ograniczone i najczęściej wędrował wzdłuż Popradu pętlą pomiędzy dwoma mostami. Lubił krótkie wyjazdy na Słowację oraz odwiedziny w przygranicznych sklepikach. Jadąc samochodem w górę Popradu w stronę Muszyny spoglądał na drugi brzeg rzeki i często marzył, jak byłoby dobrze móc tam przechodzić bez paszportów i wiz.

 

Dom w Piwnicznej

akwarela Haliny Cieślińskiej-Brzeskiej

Bardzo się cieszył z łatwości przekraczania granic w Europie w latach dziewięćdziesiątych i wspominał, jak jadąc samochodem w roku 1971 przez USA widywaliśmy na granicy stanów jedynie napisy typu: Welcome to Ohio  lub See you again in New Jersey. Wtedy trudno było sobie w ogóle wyobrazić, że tak będzie można kiedyś przekraczać granice w Europie. Ta chwila nadeszła dla nas w dniu 21 grudnia 2007, kiedy to Polska otworzyła granice na mocy Układu z Schengen. Ojciec tej chwili już nie dożył, lecz na pewno byłby szczęśliwy widząc, że granicę słowacką można przekraczać bez jakiejkolwiek kontroli. Całkiem podobnie jak tą, przekraczaną przed prawie czterdziestu laty pomiędzy stanami Kansas i Nebraska.

                 

 

 

                          

Mapy i atlasy 

Ojciec kochał wszelakie mapy i atlasy. Zbierał je chętnie w czasach, gdy nie można było iść jak teraz do specjalistycznej księgarni i kupić setki map z całego świata. W czasach, gdy map i planów miast całego świata nie można było  zdobyć w Polsce, Ojciec powiększał swój zbiór podczas wyjazdów za granicę, a przestarzałych map nigdy nie wyrzucał, tylko skwapliwie przechowywał je wszystkie w coraz to kolejnym worku na mapy.

Tak było odkąd pamiętam, więc sam polubiłem mapy i od dziecka przyzwyczaiłem się do ich szanowania. Dopiero później, poznawszy wspomnienia rodzinne z czasów II wojny, lepiej pojąłem kontekst problemu. Poza uczeniem w szkole dziadek Józef zarabiał wykonując w domu różne drobiazgi. Na przykład piękne, lecz niezwykle czasochłonne zabawki na choinkę. Ojciec pomagał dziadkowi też i w innej działalności domowej – we wczesnych latach czterdziestych obaj zarabiali na życie rysując mapy!

Pisząc te słowa trzymam w ręku mapy zachodniej Rosji oraz północnych Włoch własnoręcznie wykonane przez mego Ojca w latach 1943-44. Oczywiście nikt wtedy nie wybierał się z Krakowa na wakacje w Alpy włoskie, jak jeździmy obecnie!  Ale wtedy nie było kopiarek, nowych map nie można było kupić na rynku, a było na nie konkretne zapotrzebowanie: nie mogąc doczekać się końca wojny mieszkańcy Krakowa potrzebowali dokładnych map, aby śledzić wydarzenia na froncie  i zaznaczać na nich postępy aliantów.

Północne Włochy – mapa wykonana ręcznie przez Ojca w 1944 r.

Tak jak generałowie sztabowi ślęczeli nad mapami planując kolejną ofensywę, tak mój Ojciec i jego przyjaciele analizowali sytuację na wszystkich frontach i zastanawiali się jakie mapy warto przygotować!  Kto lepiej przewidział wydarzenia, znalazł odpowiednie oryginały map i wcześniej zabrał się do ich ręcznego kopiowania, miał szansę sprzedać swoją pracę, aby kupić nieco opału lub coś do jedzenia. Jak oglądam teraz nazwy setki miejscowości w Lombardii, Piemoncie i Toskanii pracowicie wypisane ręką czternastoletniego wówczas Ojca, lepiej rozumiem, dlaczego Tata całe życie świetnie znał geografię i nigdy nie wyrzucał żadnych map. Jakże wielką przyjemność sprawił mu dłuższy pobyt w roku 1989 we włoskim centrum badawczym w Ispra nad Lago Maggiore, gdzie  miał okazje samemu jeździć po terenach znanych mu jedynie z map wyrysowanych ręcznie podczas wojny.

 

Literatura i Historia 

Ojciec mało interesował się literaturą i malarstwem. Uważał, że  jednemu podoba się to, drugiemu co innego, a że ‘de gustibus non est dispudandum’, więc trudno o obiektywną ocenę wartości działa literackiego lub malarskiego. Natomiast podziwiałem zawsze jego znajomość historii, którą cenił i lubił.  Pamiętam, gdy podczas wspólnych wakacji  latem 1967, zamiast opowiadać dzieciom bajki na dobranoc, potrafił z głowy ciekawie przedstawiać historię starożytną, opowiadając o kolejnych dynastiach faraonów w Egipcie, o dziejach  Mezopotamii, Asyrii, Babilonie,  Persji i wojnach greckich. Gdy wiele lat potem przypomniałem mu te wakacyjne opowieści i spytałem: - Skąd tak dobrze zna historię starożytną? - wydawał się być tym pytaniem zadziwiony – Przecież chodziłem do liceum i zdałem maturę z historii – odpowiedział. W swej bibliotece miał w także książki historyczne, przykładowo 15 tomowe Dzieje Powszechne Illustrowane, wydane przed I Wojną Światową nakładem Franciszka Bondego we Wiedniu. Najbardziej jednak lubił stare mapy i atlasy historyczne, które wręcz kolekcjonował.

W późniejszych latach często zadawałem Tacie niełatwe pytania i prawie zawsze uzyskiwałem wyczerpujące informacje. Gdy przykładowo interesowałem się przebiegiem wojen wandejskich, brytyjskimi obozami koncentracyjnymi  podczas wojen burskich, Ojciec udzielał mi wyjaśnień, a gdy pytałem, kiedy i jak Węgry utraciły Siedmiogród, Ojciec po prostu odpowiadał. Pamiętam zimowy spacer po Skałkach Twardowskiego w połowie lat siedemdziesiątych, podczas którego prosiłem Ojca o wytłumaczenie, jak to się stało, że Rosjanie najpierw pod koniec II wojny zajęli znaczną część Austrii, potem wycofali się do swej strefy  okupacyjnej w Dolnej Austrii i części Wiednia, a następnie dobrowolnie ją opuścili. Ojciec przedstawił mi od razu swą dobrze wyrobioną opinię na ten temat. Dyskutując wtedy o neutralności Austrii nie mieliśmy pojęcia, że dożyjemy sami czasów, gdy Armia Czerwona opuści też Polskę, a więc znów będziemy świadkami historii.

 

Gazety i Polityka

W dawnych latach w domu czytało się na co dzień „Dziennik Polski”, a podczas wyjątkowego roku 1981 także „Gazetę Krakowską”, która będąc formalnie organem PZPR (dla młodszych czytelników: Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, sprawująca władzę w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej) stała się nagle ciekawym pismem. Tata prenumerował także dwa tygodniki: Tygodnik Powszechny i Politykę, które chętnie czytywał leżąc na tapczanie po obiedzie.

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Ojciec był jednym z nielicznym profesorów Politechniki którzy nie należeli do PZPR. Z dumą podkreślał, iż jego przykład pokazuje, że można w życiu do czegoś dojść, nie będąc w partii. Jednocześnie umiał rozmawiać z partyjnymi kolegami, a nawet był zaprzyjaźniony z kilkoma z nich. Ale pamiętam też, jak nagadał raz swemu partyjnemu koledze, gdy ten jesienią roku 1980 złośliwie wypowiadał się o Lechu Wałęsie. Ojciec był już wtedy członkiem świeżo powstałej „Solidarności” na Politechnice i mimo że nie udzielał się sam w działalności ściśle związkowej, starał się wspierać „Solidarność” swym autorytetem.

Podczas stanu wojennego Ojciec nie miał wiele cierpliwości do dokładnego studiowania wydawanej małą czcionką i kiepskim drukiem prasy podziemnej. Natomiast kilka razy dziennie słuchał przez radio wiadomości, często w Wolnej Europie, BBC lub radio France International. Przez całe swe życie bardzo interesował się polityką, znając nazwiska ważniejszych polityków w kraju i zagranicą. Pamiętam jakie wrażenie zrobiły nań przemiany w roku 1989. Był entuzjastą odzyskanej wtedy wolności, gdyż jak sam mówił, po latach wojny i stalinizmu nie spodziewał się, że dożyje takiej chwili.

Po zmianach roku 1990 Ojciec zawsze z satysfakcją korzystał z prawa wyborczego głosując w każdych wyborach parlamentarnych i prezydenckich. Miał jasno określone poglądy polityczne, ale nie był w nich zacietrzewiony i umiał prowadzić rozmowy z ludźmi o odmiennych przekonaniach.

 

Telewizor 

Opowieść o telewizorze w domu w czasach mej młodości byłaby krótka. W domu telewizora nie mieliśmy. Przez pewien czas buntowaliśmy się trochę przeciwko temu, a czasem chodziliśmy do Babci oglądać jakiś program, ale Tata był nieustępliwy. Uważał, że na oglądanie telewizji szkoda czasu, a szybciej i ciekawiej jest samemu wybierać czytane wiadomości w gazecie, niż czekać co pokażą w telewizji. W czasach licealnych jakoś pogodziliśmy się z tą sytuacją, a nawet zaczęliśmy jakby przechwalać się kolegom, że danego programu nie obejrzeliśmy, bo nie mamy w domu telewizora. W podobny sposób Adam zdawał ustną maturę z polskiego: na pytanie o rolę teatru telewizji w popularyzacji literatury stwierdził, że nie ma w domu telewizora i o teatrze w telewizji niewiele może powiedzieć, ale ten na żywo jest chyba lepszy.

Sytuacja zmieniła się dopiero po wyborze polskiego papieża. Pierwszą jego pielgrzymkę po Polsce w roku 1979 oglądaliśmy w telewizji u znajomych (lub w Krakowie na żywo!), ale przed następną, która odbyła się w roku 1983 w okresie stanu wojennego, Tata zdecydował się na zakup małego telewizora. Później sam zaczął oglądać w telewizji wiadomości, bo inne programy raczej go nudziły. W ostatnich latach życia nie miał już cierpliwości do oglądania wiadomości w telewizji, lecz małe radio tranzystorowe umieszczone przy łóżku  zawsze stanowiło dlań największą przyjemność. 

 

Imieniny i Księga Gości

Co pewien czas Ojciec podejmował w domu gości. Najczęściej byli to naukowcy z różnych krajów świata odwiedzający Polskę. Moja Mama  przygotowywała wtedy coś specjalnego do jedzenia. Jako małe dzieci chodziliśmy tylko przedstawić się gościom i dukaliśmy jakieś zdanie powitania  po angielsku, aby choć skosztować przygotowanych potraw, które i tak bardziej smakowały dorosłym niż dzieciom.

Specjalną okazją do podejmowania gości były imieniny, które rodzice: Teresa i Michał obchodzili wspólnie pod koniec września. Często urządzali je przez dwa dni, a wtedy przez dom przewijało się prawie pięćdziesiąt osób. Jako trochę starsze dzieci byliśmy zawsze angażowani do nakrywania stołów i zajmowania się gośćmi. Wszyscy znajomi byli zawsze proszeni o wpis do księgi gości. Nawet teraz można by sprawdzić, ilu gości którego roku było na imieninach. Ta pamiątkowa księga, zawierająca wpisy wielu ciekawych ludzi, jest nadal używana przez moja Mamę.  

Po roku 1990 jesienią często organizowano różnego rodzaju wybory. Ojciec do tego stopnia pasjonował się polityką i wyborami, że podczas swych imienin często organizował specjalne konkursy. Każdy gość otrzymywał przygotowaną zawczasu listę partii w wyborach parlamentarnych lub nazwiska kandydatów w wyborach prezydenckich i miał podać przewidywany wynik wyborów w procentach. Już po wyborach Ojciec obliczał błąd każdego szacowania, a zwycięzca, któremu udało się najlepiej przewidzieć wyniki, otrzymywał w nagrodę butelkę wina. Niekiedy brałem też udział w obliczaniu wyników – mimo że wśród gości było sporo osób dobrze zorientowanych w polityce, w konkursach  imieninowych najczęściej wygrywali goście mało zainteresowani wyborami…

 

 

 

Skrzynka pomarańczy 

Ojciec miał mnóstwo przyjaciół i znajomych w wielu krajach świata i co roku na Święta Bożego Narodzenia wysyłał po 200-300 kartek i listów z życzeniami. W specjalnym zeszyciku starannie odnotowywał wszystkie listy, które napisał lub otrzymał. Jego goście zawodowi często odwiedzali nasz dom, a z kolei on często odwiedzał ich jeżdżąc sporo po świecie. Po powrocie do domu każdorazowo opisywał w szczegółach swe podróże i dlatego wielu kolegów Ojca znaliśmy dobrze z Jego opowiadań.

Ze wszystkich znajomych Ojca pragnę wspomnieć tu tylko jedno nazwisko: Marka Stattera.  Był to przyjaciel Taty z lat młodości, z którym razem studiowali na Politechnice, a później, we wczesnych latach pięćdziesiątych, tłumaczyli z języka rosyjskiego podręcznik S.D. Ponomariewa, dotyczący obliczeń wytrzymałościowych stosowanych w budowie maszyn. Po roku 1956 Marek Statter wraz z swymi rodzicami wyemigrował do Izraela, ale z moim Ojcem utrzymywał kontakty listowne. Gdy miałem pięć lat do domu przyszła pocztą z Izraela wielka paczka. Rozpakowywaliśmy ją wspólnie z bratem i odkryliśmy w zachwycie, że w środku znajdowało się mnóstwo pachnących pomarańczy. Dobrze wtedy zapamiętałem, że a) Izrael to kraj, w którym rosną pomarańcze i można tak po prostu kupić je w sklepie, co wtedy w Polsce nie było możliwe, oraz b) żyje tam pewien tajemniczy pan Marek, który tak dobrze zna naszego Ojca, że nawet dla Jego dzieci (czyli dla nas!) wysyła najprawdziwsze pomarańczowe pomarańcze. Jak się później dowiedziałem, w rewanżu Ojciec opłacał prenumeratę tygodnika ”Przekrój”,  wysyłanego do Izraela.

Pana Marka poznałem, gdy wiele lat później odwiedzał Ojca w Polsce. Z swoją żoną Klarą i dziećmi rozmawiał w domu jedynie po hebrajsku, ale gdy przyjeżdżał do Krakowa, mówił po polsku tak ładnie, że mógłby być wzorem dla współczesnych prezenterów telewizyjnych. Kilkakrotnie zapraszał mnie do odwiedzin w Izraelu. Niestety nie udało mi się skorzystać z tego zaproszenia przed Jego śmiercią. Lecz gdy wracałem z konferencji na temat mechaniki kwantowej w marcu 2003 odwiedziłem w Rechowot Panią Klarę Statter. Mimo że nie miałem okazji wcześniej poznać jej synów, oni przez wzgląd na dawną przyjaźń naszych ojców, przez cały dzień pokazywali mi piękno swego kraju, wożąc samochodem do Tel-Awiwu, na górę Tabor i nad jezioro Galilejskie.  

 

Sport  i turystyka

Ojciec nie był nigdy zapalonym sportowcem, ale w młodości uprawiał różne dyscypliny. W wieku studenckim grał trochę w siatkówkę na Politechnice, choć w czasach które pamiętam zadowalał się rolą kapitana niegrającego. Ale grał nieźle w ping ponga i dopiero w późnych latach licealnych zaczęliśmy z nim wygrywać.

W dawnych latach Ojciec jeździł na nartach, a nawet robił wycieczki narciarskie. Pływał też trochę na kajakach, choć to nasza Mama była bardziej zamiłowaną kajakarką. W roku 1963 Ojciec pełnił funkcję ‘admirała’ czyli kierownika spływu i dobrze zaplanował całą wyprawę. Znajomi rodziców długo wspominali, jak po czyjejś wywrotce na rzece, Ojciec wyliczył, gdzie wartki prąd mógł znieść dobytek wypadający z kajaka, a potem nurkując w mętnej wodzie triumfalnie wyciągnął z dna zagubioną siekierę.

 

Bridż z dziećmi i wnukami  

Ulubioną rozrywką Ojca był bridż. W latach młodości grał sporo w bridża sportowego, do którego podchodził na serio, poważnie studiując literaturę przedmiotu. Niedawno w jego papierach odnalazłem zeszyt obliczeń lat pięćdziesiątych, w którym rozważał różne układy kart w rękach rozgrywającego i dziadka, oraz pracowicie wyliczał prawdopodobieństwa rozkładu kart u pozostałych graczy. Obecnie takie wyliczenia nietrudno jest wykonać przy pomocy komputera – wtedy wszystko trzeba było cierpliwie liczyć ręcznie z ołówkiem i kartka papieru.

Po ślubie nadal prenumerował pismo „Bridż”, grał czasem towarzysko z moją matką i przy różnych okazjach popularyzował bridż porównawczy. Podczas pobytu w Stanach kupił dla siebie ładny komplet 16 metalowych pudełek z kartami, do ich przenoszenia z jednego stołu na drugi podczas bridża porównawczego. Takie pudełka chętnie woził z sobą na wakacje lub na konferencje i organizował mecze bridżowe lub turnieje.

Ojciec wcześnie zaczął uczyć nas grać w kierki, a potem w bridża. W wieku kilkunastu lat umieliśmy już grać na dość przyzwoitym poziomie  i nawet raz wygraliśmy z bratem Adamem turniej, który ojciec organizował podczas wakacji w domu wypoczynkowym Akademii Nauk. Mieliśmy trochę szczęścia, a trochę dorośli gracze nas zlekceważyli licytując z rozpędu naciągane kontrakty, które potrafiliśmy położyć. Ojciec był z nas wtedy dumny, lecz później nie narzekał, że nie robimy w bridżu dalszych postępów, tylko nadal gramy jak sprawni licealiści.

Później Ojciec nauczył w bridża grać mego młodszego brata Stefana, który ku naszemu zaskoczeniu już w wieku lat siedmiu licytował zupełnie do rzeczy i nawet rozsądnie rozgrywał. Ponieważ wtedy Stefanowi czytanie szło niesporo, zastanawialiśmy się nawet z Tatą, czy nie organizować mistrzostw świata w bridżu dla analfabetów, mając nadzieje na wspaniały sukces młodszego brata. Niestety Stefan w końcu nauczył się czytać, (a później ukończył Politechnikę  i choć nie jest wybornym bridżystą, daje sobie dobrze radę w życiu), więc ten przedni pomysł automatycznie upadł. Ale po wielu latach Ojciec pomału doczekał się wnuków. Kilka lat temu przyjemnie było mi patrzeć, jak przy zielonym stoliku Tata zaczął szkolić mego syna i jego kuzynów. Niestety ta nauka nie trwała długo, choć chłopcy do dziś pamiętają wskazówki i bridżowe powiedzenia swojego dziadka.

 

Samochody i pieniądze

Mój ojciec z jednej strony był dość oszczędny, ale z drugiej umiał czasem wydawać pieniądze nadzwyczaj hojnie. Jako dzieci nie byliśmy specjalnie rozpuszczani finansowo, bo wbrew pozorom pieniędzy w domu nigdy za wiele nie było. Zresztą Ojciec wydawał sporo na książki naukowe, które traktował jako podstawę swego warsztatu pracy. Może dlatego mniej pieniędzy zostawało na samochody. We wczesnych latach sześćdziesiątych jeździł psującą się ciągle syrenką, a potem z przyjacielem, prof. Stefanem Piechnikiem na spółkę kupili Fiata 125p. Po powrocie z USA jeździliśmy kolejnym polskim fiatem, w którym przez wiele lat gnietliśmy się w czwórkę na tylnym siedzeniu. Wtedy w Polsce nie używano jeszcze fotelików dla dzieci, ani wygodnych samochodów dla sześcioosobowej rodziny.  Dopiero wracając z pracy we Włoszech Ojciec kupił od znajomego mocno używane BMW, którym cieszył się w latach dziewięćdziesiątych, a następnie kupił nowe Daewoo Espero.

W ostatnich latach Ojciec nie wydawał już tylu pieniędzy na dzieci i stwierdził, że stać go na nietypowe wydatki. Aby wspierać rozwój swej ulubionej mechaniki ufundował nagrody za najlepsze prace w tej dziedzinie wiedzy. Nagrody przyznawał Komitet Mechaniki Polskiej Akademii Nauk, a Ojciec ze swych  opodatkowanych pieniędzy corocznie przeznaczał 10 000 zł na trzy nagrody dla młodych naukowców pracujących w jego dziedzinie. Tak działo się przez prawie dziesięć  lat, a po śmierci Ojca Komitet Mechaniki PAN postanowił kontynuować tradycje przyznawanie takich nagród, które obecnie noszą imię prof. Michała Życzkowskiego.

 

Ludzie i ich problemy

Mój Ojciec starał się przyjaźnie żyć z innymi ludźmi i umiał wczuć się w ich potrzeby. Dotyczyło to zarówno zwyczajnych spraw rodzinnych czy zawodowych, jak i też sytuacji niecodziennych. Do dziś pamiętam drobny epizod z naszej wielkiej wyprawy przez Stany w roku 1971. Jako że mieliśmy z sobą cały sprzęt kampingowy i mnóstwo bagażu, trzy walizki zostały ułożone na tylnym siedzeniu w poprzek jedna na drugiej i oddzielały miejsca Adama i moje. Dlatego też wydawało nam się, że żaden bagaż, a już z pewnością żaden człowiek, do samochodu się nie zmieści. Ale jak przejeżdżaliśmy zwykłą drogą pustynie Arizony kierując się już w stronę Pacyfiku, zobaczyliśmy faceta z dużym plecakiem, który stał machając przy drodze. W koło było absolutnie pusto, a gorąco było niezmiernie.  Nasz ojciec bardzo nie lubił upałów, więc dobrze rozumiał jak trudno jest wytrzymać w takim skwarze. Zaraz po zauważeniu czekającego na poboczu zatrzymał samochód i rzekł  krótko: Bierzemy tego nieboraka. Nie zwracając uwagi na nasze stwierdzenia, że gość z pewnością się już nie zmieści, poprzekładał jakoś bagaże, kazał nam się na chwilę ścisnąć i zaprosił do auta pechowego autostopowicza, który wcześniej smażył się na południowym słońcu od wielu godzin.

            Nasz Ojciec zajmował się zawodowo optymalizacją konstrukcji, ale pragnął także poszukiwać optymalnych rozwiązań sporów i konfliktów międzyludzkich. Pomiędzy zwolennikami ortogonalnych rozwiązań potrafił niekiedy  wynegocjować rozwiązanie kompromisowe. Starał się też nie urazić innych niepotrzebnym słowem. Pamiętam raz pytanie kogoś z dalszej rodziny,  dlaczego któryś z wnuków Ojca ma takie, a nie inne imię. Tata odparł wtedy po prostu: Ma  tak na imię, bo tak się spodobało rodzicom dziecka.

 

 

Do kościoła  

Rodzice chodzili do kościoła w każda niedzielę. Także podczas swych licznych wyjazdów Ojciec zawsze tak planował niedzielę, aby znaleźć czas na Mszę Świętą. Dlatego też dla nas, jego dzieci, było oczywistym, że w każdą niedzielę chodzi się do kościoła, a podczas roku szkolnego uczęszcza  na lekcje religii. W ciągu roku szkolnego na Mszę Świętą najczęściej chodziliśmy całą rodziną do akademickiego kościoła Św. Anny, choć religii uczyliśmy się w kościele Św. Szczepana. Na terenie tej parafii znajdowała się nasza szkoła podstawowa, a do lat 90-tych lekcji religii w szkołach nie było i na religię trzeba było chodzić popołudniami do salki parafialnej przy kościele. Rodzicom udało się jakoś wychować nas w wierze, a do kościoła chodzimy nadal, teraz już ze swoimi dziećmi.

 

Rzym, 13 maja 1981 

Oboje rodzice byli obecni na audiencji generalnej w Rzymie w dniu 13 maja 1981. Będąc wtedy na Placu Świętego Piotra byli niejako świadkami zamachu na Papieża. W samym momencie oddanych strzałów nie widzieli przejeżdżającego samochodu Ojca Świętego. Pierwszą rzeczą zwracająca ich uwagę był szum skrzydeł gołębi, które przestraszone wystrzałami wzbiły się w górę. Dopiero później do rodziców doszły pierwsze wieści o zamachu. Przez długie godziny modlitwy trwali na placu w oczekiwaniu na informacje ze szpitala o życiu  Jana Pawła II. Obecność przy tym historycznym wydarzeniu nasz Ojciec wspominał do końca swego życia.

 

Unia Europejska i Pierwiastek  

Ojciec bardzo przeżywał wejście Polski do Unii Europejskiej. Po tylu latach załatwiania paszportów i wiz na wyjazdy w świat doceniał możliwości podróży. – Na pewno nie pojadę do Paryża dziś wieczór – mówił. – Ale sama myśl, że mogę to zrobić, bardzo mnie cieszy.

Jako że zawsze ciekawiły go aktualne problemy polityczne, jesienią roku 2003 zainteresował się Traktatem z Nicei oraz zagadnieniem liczenia głosów w Radzie Unii Europejskiej. Od razu było dla niego jasne, że oba rozwiązania skrajne nie są sprawiedliwe. System a) jeden kraj = jeden nie oddawał różnic w ludności poszczególnych państw, a system b), w którym  liczba głosów danego państwa w Radzie Unii jest proporcjonalna do liczby jego mieszkańców, nie uwzględnia głosów mniejszości oraz  faktu, że obywatele danego kraju na ogół nie są jednomyślni.                        Ojciec zainspirował mnie do prac nad siłą głosu

w Radzie UE oraz “Kompromisem Jagiellońskim”

 

 

Bez znajomości prawa Penrose’a i całej literatury przedmiotu Ojciec z miejsca zaproponował analizę systemu, w którym liczba głosów danego kraju w Radzie Unii jest proporcjonalna do pierwiastka z liczby jego ludności. Wnet z wielkim zaciekawieniem przeglądał me wyliczenia, a później żywo się interesował naszymi artykułami na temat wyborów.  

 

Ojciec swoim dzieciom  

Wydaje mi się, że w latach naszej młodości, Tata nie tak bardzo interesował się naszymi sprawami: pewnie miał przekonanie, że nawet bez jego zaangażowania wszystko i tak idzie, jak trzeba. W każdym razie to nasza Mama chodziła na wywiadówki szkolne, słuchała o naszych problemach i wyrażała zgodę na nasze prośby. Tylko w sytuacjach bardziej złożonych oznajmiała:    O tym musisz sam porozmawiać z Tatą  – co nie zawsze zwiększało szansę na pozytywne załatwienie sprawy.

  Paradoksalnie, zainteresowanie się Ojca dziećmi zwiększyło się w momencie, gdy jako dorośli wyszliśmy z domu,  założyli własne rodziny i pojawiły się jego wnuki.  Ojciec zaczął dopytywać się o plany mieszkaniowe każdego z nas i często szukał dla nas odpowiednich ofert. Także interesował się sukcesami Stefana w branży automatyki przemysłowej, Adama w międzynarodowym konsultingu,  a wspierał też działalność Aniki w jej Krainie Zabaw Dziecięcych.

Oczywiście interesował się też moja pracą w fizyce teoretycznej, pytając się  nad czym aktualnie pracuję, co i gdzie publikuję. Na początku ostatniej dekady często pytał o postępy w pracy moich doktorantów oraz o monografie, którą  przez lata pisałem z kolegą ze Szwecji. Jego ciągłe zapytania nieco mnie wtedy denerwowały i czasem udzielałem jedynie zdawkowej odpowiedzi. Teraz widzę jasno, dlaczego Tata ponaglał mnie wtedy swymi pytaniami: doktoranci obronili swoje prace w latach 2002-03, nominację profesora otrzymałem jesienią 2005, a pierwszy egzemplarz mej książki wydanej przez Cambridge University Press ofiarowałem Ojcu w kwietniu 2006. Sprawiłem mu tym dużą przyjemność, a Ojciec mógł się cieszyć moimi sukcesami w ciągu ostatnich miesięcy swego życia.

 

Bez zakończenia   

Mój Ojciec Michał Życzkowski zmarł 24 maja 2006. Już po Jego śmierci zdarzało mi się poznać ludzi, którzy słysząc tylko me nazwisko, z miejsca zaczynali mówić o Nim. Z jednej strony przyjemnie jest rozmawiać z ludźmi pamiętającymi mego Ojca z dobrej strony. Z drugiej strony mam też poczucie, że Jego nazwisko, znane w środowisku polskiej nauki, zobowiązuje.

Niedawno dowiedziałem się, że koledzy Ojca z uczelni dokładnie w 80 rocznicę Jego urodzin, w dniu 12 kwietnia 2010, organizują uroczystą sesję Senatu Politechniki Krakowskiej oraz konferencję naukową powiązaną z osiągnięciami naukowymi Michała Życzkowskiego. Bardzo jestem im za to wdzięczny i cieszę się niezmiernie, że pamięć o moim Ojcu trwa.

 

 

 

 

Karol Życzkowski,                                   karol(małpa)tatry.if.uj.edu.pl

Kraków, kwiecień 2010

 

 

 

 

Więcej wspomnień o Michale Życzkowskim znaleźć można w Internecie pod adresem      http://chaos.if.uj.edu.pl/~karol/michal/