DANUTA ALBIŃSKA


Moje wspomnienia


Jako jedna z wielu doktorantów prof. dr hab. inż. Michała Życzkowskiego, zaproszona do współuczestniczenia w wydaniu specjalnego okolicznościowego biuletynu Muzeum PK z okazji 80-tej rocznicy urodzin profesora, pozwolę sobie do jego ogromnych osiągnięć Napolu nauki dorzucić parę autentycznych epizodów. Może mało znaczących, ale jednak świadczących o jego poczuciu humoru, które pozornie nie licowało z mądrością, wiedzą i powagą profesora.

 Po raz pierwszy zetknęłam się profesorem jako studentka Wydziału Mechanicznego. Były to początki lat 50-tych. Prowadził wtedy jako asystent ćwiczenia z wytrzymałości materiałów. Jak wiadomo, natura obdarzyła go tzw. francuskim „r” i właśnie z tym wiążą się moje pierwsze wspomnienia. Należałam do grupy złożonej w 80 % ze studentów o nazwiskach zawierających właśnie tę głoskę. Już przy czytaniu listy obecności zdarzały się różne brzmienia nazwisk, które w paru przypadkach zamieniły się ksywy. Profesor podając wyniki kolokwium, ( żeby nie marnować czasu) czytał np. cytuję: pan No”h”ski – 4,0, pan P”h”age”h”- 3,0 itd… i nagle pan Wildne”h” patrz pan No”h”ski- tyle, że pan Wildner nie słuchał jaką ocenę dostał kolega z połowy listy, boi poco? Skończyło się na wywieszaniu listy wyników. ( Przepraszam moich kolegów za posłużenie się ich nazwiskami).

 Po ukończeniu studiów zostałam zatrudniona jako pracownik naukowo-dydaktyczny w zakładzie wytrzymałości materiałów, gdzie na co dzień spotykałam się z profesorem, często korzystając z jego pomocy merytorycznej i dydaktycznej. Miałam też przyjemność uczestniczenia w towarzyskich turniejach brydżowych (cyklicznych z nagrodami). I z tego okresu pamiętam samokrytykę profesora. Rozgrywając wspólnie z żoną kontrakt, po nieudanym impasie – powiedział : „Patrzę ja patrzę, kto w rowie leży, a to ja sam”. Do dziś używam tego zwrotu, nie tylko przy brydżu.

 Kiedy został moim promotorem służył mi zawsze swoją bogatą wiedzą i czasem, mimo swoich rozlicznych zajęć. Miał niesłychanie podzielną uwagę, o czym przekonałam się na własnej skórze. Kiedy spotykałam profesora na terenie instytutu i przy powitaniu pytałam kiedy będzie mi mógł poświęcić trochę czasu, patrzył na zegarek i często słyszałam: „Bardzo proszę, nawet teraz mam trzy minuty i otwierał drzwi swojego gabinetu serdecznie zapraszając. Muszę się tu przyznać, że dwa razy się wycofałam, nie chcąc przeszkadzać i nie wierząc w efekt trzyminutowej rozmowy. No ale kiedyś trzeba się było odważyć, choćby ze zwykłej ciekawości. Przekonałam się, że od niego w 3 minuty można się więcej dowiedzieć niż czasem w godzinę od kogoś innego.

Nosił przy sobie mikroskopijny kalendarzyk, w którym wszystko maczkiem zapisywał. Jak On to pisał? Nie mówiąc o czytaniu. Nie używał wtedy okularów. Mógł jeszcze wielu ludziom pomóc i to nie tylko na polu nauki. Ci którzy Go znali, a jeszcze żyją, wiedzą, że był wspaniały i że za wcześnie odszedł.

 

 

 

Dr inż. Danuta Albińska