KRZYSZTOF SZUWALSKI

Mistrz i Przyjaciel

         W życiu każdego z nas zdarzają się takie chwile, że w jednym momencie zwrotnica torów życiowych przestawia się w zupełnie nowym kierunku. W moim przypadku miało to miejsce w listopadzie 1965 roku, wkrótce po obronie dyplomu na Wydziale Mechanicznym PK. Dostałem propozycję pracy w Instytucie Obróbki Skrawaniem, która mnie bardzo ucieszyła i błyskawicznie doszło do porozumienia. Musiałem tylko dostarczyć zaświadczenie o ukończeniu studiów. Udałem się więc do ówczesnego Prodziekana ds. Studenckich z prośbą o wydanie takowego.

         Pan Prodziekan zajrzał do mojej teczki i powiedział z uśmiechem – „Ale Pan przez trzy lata pobierał stypendium naukowe i zgodnie z obowiązującymi przepisami musi Pan tyleż lat odpracować na Uczelni. Proszę sobie wybrać Katedrę, w której chciałby Pan pozostać i zgłosić się do mnie w celu sfinalizowania sprawy”. Odpowiedziałem bez namysłu – „A u Pana Profesora można?” – „Oczywiście, formalnie może Pan zacząć od stycznia, ale proszę już przychodzić na seminaria we wtorki o godzinie jedenastej”. Nawiasem mówiąc dzień i godzina seminariów od tamtego czasu nie uległy żadnym zmianom.

         Prodziekanem był bardzo młody (wówczas trzydziestopięcioletni) Profesor Michał Życzkowski, od trzech już lat profesor tytularny. Wytrzymałość Materiałów była moim ulubionym przedmiotem w czasie studiów, z pewnością za przyczyną wspaniałych wykładowców. Pierwsze semestry był nim Profesor Janusz Walczak, a ostatni semestr, poświęcony zagadnieniom teorii plastyczności (absolutna nowość w skali krajowej) prowadził Profesor Michał Życzkowski.  Budził podziw precyzją sformułowań i logiki wywodów. Wykład trwał tylko 45 minut, ale każda minuta była perfekcyjnie wykorzystana. Bez zbędnych słów, wspaniałą polszczyzną zawsze zostało w sposób jasny i przejrzysty powiedziane to co należało. To już wtedy zaświtało mi w głowie określenie Mistrz, przez wielu innych, którzy mieli szczęście z Nim współpracować stosowane. Trudno sobie wyobrazić doskonalszą realizację układu Mistrz – uczeń, niż z Profesorem Michałem Życzkowskim w roli Mistrza.

         Teraz ja miałem to szczęście dzielić, a jego dopełnieniem było otrzymanie samodzielnego biurka i to przy samym oknie. Biurko nosiło miano „chińskiego”, gdyż siedział przy nim wcześniej chiński doktorant Profesora Życzkowskiego, który po obronie powrócił do siebie, zwalniając mi miejsce. Trudno to sobie teraz wyobrazić, ale w jednym, niezbyt wielkim, pokoju przy pięciu biurkach pracowało sześć osób, w tym dwóch profesorów. Po lewej stronie siedzieli młodzi asystenci (wkrótce adiunkci) Profesora – Stefan Bućko i Marian Galos. Ja miałem za plecami dwa biurka „profesorskie”, tym różniące się od pozostałych, że były lakierowane. Przy pierwszym siedział Profesor Michał Życzkowski, a przy drugim Profesor Zbigniew Nowak, do którego przysiadał się, z braku innego miejsca, przyjęty razem zemną na staż Bartłomiej Bębenek.

         Piszę jak ten pokój wyglądał, aby przypomnieć jakie były wówczas warunki pracy, ale przede wszystkim dlatego, że ta konfiguracja miała i ma do tej pory dla mnie znaczenie symboliczne. Zawsze czułem za plecami niesłychanie życzliwą obecność Profesora, wtedy w rzeczywistości, a później w przenośni. Każdy dzień zaczynał się od pytania Profesora – „Co tam u Pana słychać?”. Chodziło o postęp w pracy naukowej i wtedy zaczynała się rozmowa, chociaż początkowo był to raczej wykład. Mówiłem o problemach i zacięciach, a Profesor natychmiast znajdował dla nich rozwiązanie. To co szczególnie imponowało to niesamowita znajomość literatury i pamięć Profesora. Przy jakiejś kolejnej zagwozdce słyszałem informację –„Wie Pan, podobnym problemem zajmował się – i tu padało nazwisko - , to było opublikowane w – i tu padał nie tylko tytuł czasopisma, ale rocznik i numer”. I to się zawsze zgadzało do najdrobniejszego szczegółu!

         W lutym, w czasie przerwy semestralnej, Profesor Życzkowski wyjechał na narty i nieszczęśliwie złamał nogę. Nie przeszkodziło Mu to w prowadzeniu egzaminów posesyjnych w domu. Część pisemną organizowali wspomniani asystenci, a ja zostałem do tego zespołu włączony. Następnie z Politechniki maszerowaliśmy ulicą Szlak, niedaleko na ulicę Żuławskiego, do mieszkania Profesora, gdzie prace były poprawiane. Każdy z nas dostawał swój przydział prac, w których zaznaczał swoje uwagi, ale później wszystkie prace przeglądał, omawiał z nami i oceniał Profesor. Była to kolejna znakomita lekcja – krótkie uwagi rzucane przez profesora przy poprawie pomagały rozróżniać sprawy fundamentalne i mniej istotne, uczyły sprawiedliwej oceny pracy studenta. To wtedy nauczyłem się rozpoznawać prace odpisywane i walczyć z tą plagą.

         Przy okazji miałem możliwość poznać osobliwe miejsce, jakim była domowa biblioteka Pana Profesora. Olbrzymie, sięgające pod sufit szafy (strop pod spodem musiał być specjalnie wzmacniany) wypełnione były tysiącami tomów równo poustawianych w znanym Profesorowi porządku. Kiedy się przychodziło po pomoc literaturową (a były tu białe kruki, niedostępne gdzie indziej) Właściciel tego księgozbioru natychmiast podchodził do właściwej szafy, sięgał na właściwą półkę i wyjmował poszukiwaną pozycję. Mało tego, otwierał w odpowiednim miejscu i krotko omawiał zawartość artykułu. Ta umiejętność i swoboda w poruszaniu się po przebogatej literaturze wyłącznie w oparciu o zgromadzone w pamięci informacje (komputerów osobistych wtedy jeszcze nie było) była i pozostaje dla mnie czymś nadludzkim i trudnym do zrozumienia.

         Pamiętam moją pierwszą wizytę w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki PAN w Warszawie, na szczęście razem z Profesorem, gdzie miałem referat na seminarium. Wykazałem, że nośność graniczna tarczy z sztywną inkluzją zależy od ściśliwości materiału. Zostałem ostro zaatakowany w czasie dyskusji, że stałe sprężyste materiału nie mogą wpływać na nośność graniczną. Tylko obecności Profesora Życzkowskiego i jego opiekuńczym skrzydłom zawdzięczam, że nie musiałem ze wstydem opuszczać sali seminaryjnej. Po powrocie do Krakowa wielokrotnie dyskutowaliśmy ten problem i ustaliliśmy, że znaleziony został inny sposób zakończenia procesu odkształceń plastycznych, niż nośność graniczna. Nazwaliśmy to zjawisko nośnością rozdzielczą, która to tematyka doprowadziła do powstania blisko stu prac i dwu opracowań monograficznych.

         Po raz pierwszy tematyka nośności rozdzielczej została zaprezentowana na forum międzynarodowym na Kongresie Mechaniki w 1972 roku w Moskwie. Dzięki lokalizacji tego Kongresu miałem możliwość po raz pierwszy wziąć udział w konferencji zagranicznej i to takiej rangi. Politechnikę Krakowską reprezentowali jeszcze profesorowie Michał Życzkowski i Stefan Piechnik. Profesor Życzkowski był zresztą stałym uczestnikiem Kongresów, odbywających się co cztery lata i pełniących rolę olimpiad mechaniki. Wtedy też nauczyłem się cudownego zaklęcia, które pozwalało nawiązywać kontakty z naukowcami z różnych stron świata. Wystarczyło powiedzieć – „I am  a co-worker of Professor Życzkowski” i natychmiast rozmówca ożywiał się – „So you are from Cracow” i dalej rozmowa toczyła się jak ze starym znajomym.

         Profesor Michał Życzkowski cieszył się ogromnym autorytetem wśród członków Rady Wydziału Mechanicznego, gdzie Jego wystąpienia były zawsze wysłuchiwane ze szczególną uwagą, nic więc dziwnego, że w pierwszych wolnych wyborach odbywających się po zwycięstwie Solidarności został wybrany Dziekanem Wydziału. Wcześniej na funkcję Rektora Politechniki Krakowskiej został wybrany Profesor Roman Ciesielski. Obaj nie sprawowali swych funkcji długo. Wkrótce po ogłoszeniu stanu wojennego Profesor Ciesielski został odwołany ze swojego stanowiska za to, że wyszedł do studentów, którzy zorganizowali wiec protestacyjny przeciw restrykcjom stanu wojennego. Natychmiast po tej decyzji Profesor Życzkowski złożył rezygnację z funkcji dziekana, na znak protestu przeciwko dymisji Rektora Ciesielskiego.

         Z początkiem stanu wojennego wiąże się osobiste wspomnienie. Kiedy w mieszkaniu, do którego się właśnie przeprowadziłem, przestało działać ogrzewanie, Profesor Życzkowski „zorganizował” od Swojej Matki grzejnik elektryczny (rzecz wówczas nie do dostania), który umożliwił nam przetrwanie trudnych chwil. To tylko drobny przykład wskazujący na to, że relacje Mistrz – uczniowie nie sprowadzały się tylko do spraw czysto naukowych. Profesor interesował się prywatnym życiem każdego z nas i służył radą i pomocą. Także relacje ze studentami wykraczały poza czysto uczelniane. Do tradycji przeszły podwieczorkowe spotkania ze starostami grup studenckich, które się odbywały w domu Profesora.

         Profesor Życzkowski zawsze dbał  o serdeczne i przyjacielskie relacje w gronie Swoich współpracowników. W Instytucie, którym kierował przez przeszło dwadzieścia lat, wprowadził zwyczaj „herbatek”, czyli cotygodniowych spotkań przy herbacie i ciastkach, na których omawiano nie tylko sprawy zawodowe ale poruszano też inne tematy interesujące uczestników. Profesor z reguły okraszał te spotkania żartami, a jedynym wymaganiem, które stawiał było, aby kończyły się one akcentem optymistycznym. Każdej wiosny odbywały się, organizowane przez Niego, majówki – spotkania w plenerze, w których brały udział także rodziny.

         W czasie konferencji zagranicznych Profesor, często przy współudziale Małżonki, organizował spotkania towarzyskie dla krakowskich uczestników, których był sponsorem. Do historii przeszły organizowane w  czasie konferencji krajowych mecze brydżowe Kraków – Warszawa. Profesor zawsze przywoził karty, pudełka i bloczki do zapisywania wyników. Chociaż, te z reguły były dla nas niekorzystne, gdyż w zespole stolicy grali czynni zawodnicy, a nawet kadrowicze, to w myśl zasady, że nie wynik liczy się, ale udział, co wieczór Profesor z entuzjazmem organizował nowe spotkanie. Miałem przyjemność w swoim debiucie mieć udział w zwycięstwie i to grając w parze z Profesorem.

         Profesor Michał Życzkowski był tak ciekawą i bogatą osobowością, że wspomnienia można by snuć bardzo długo. Jestem przekonany, że inni autorzy wspomnień przywołają jeszcze wiele faktów, z których, jak z kamyków mozaiki ułoży się portret Wyjątkowego i Wspaniałego Człowieka, któremu każdy z nas, którzy mieli szczęście z Nim współpracować, wiele zawdzięcza. Ja zawsze będę wspominał ten szczęśliwy moment, gdy spontanicznie spytałem – „A u Pana Profesora można?”, moment, który zadecydował o całym moim życiu. Będę wspominał początki pracy, gdy miałem Profesora Życzkowskiego za plecami. To odczucie towarzyszy mi przez całe życie – zawsze mam za plecami Profesora, mojego Mistrza i Przyjaciela, który nadal pomaga, podpowiada i radzi we wszystkich trudnych sytuacjach życiowych.

 

Krzysztof Szuwalski