STEFAN PIECHNIK

 

Dziesięć lat później

 

W 2000 roku zamieszczając swój artykuł w specjalnym wydaniu Journal of Theoretical and Applied Mechanics z okazji 70 rocznicy urodzin Profesora Michała Życzkowskiego zamieściłem na końcu następujący akapit:

Acknowledgements

The author wishes to thank prof. Józef Nizioł, the head of the Institute of Mechanics and Machine Design of the Cracow University of Technology for the invitation to participate in this Anniversary Volume devoted to prof. Michał Życzkowski whose professional achievement, idealism and wisdom are strongly admired.

The importance of this paper as a contribution to the theory of thin-walled beams is out of proportion to prof. Michał Życzkowski contribution to author’s scientific career at its every step. The professor whose jubilee is here celebrates was the supervisor of the author’s doctoral thesis and a kind reviewer at the moment of receiving every other scientific title.

Nie przypuszczałem, że dekadę później będę pisał o Profesorze, który już nie będzie mnie i wielu, wielu innym służył swoją mądrością w najpełniejszym tego słowa znaczeniu.

Urodziliśmy się w tym samym roku. Chodziliśmy do tego samego III (dziś II.) Gimnazjum i Liceum im. króla Jana Sobieskiego. On był w drugiej klasie, kiedy ja zaczynałem, kiedy ja byłem w drugiej On zdawał tzw. małą maturę. Już wówczas słyszałem, że w tej szkole jest niezwykle uzdolniony uczeń, który zalicza w jednym roku dwie klasy, a zadań z matematyki, które formułuje nie potrafi rozwiązać nauczycielka. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, w tym okresie, poznałem Go na obozie sportowym w Sidzinie Podtatrzańskiej. Wyznaczono mi łóżko obok Michała. Uczestnikami obozu byli, z jednym moim wyjątkiem, wyłącznie „mali maturzyści” i podobnie jak w szkole, tak i tu traktowali tych z młodszych klas z pewną wyniosłością. Dzięki Michałowi i jego autorytetowi przyjęto mnie do grona „dorosłych”.

Drogi nasze zbiegły się w Politechnice Krakowskiej. On na Wydziale Mechanicznym, ja na Wydziale Budownictwa Lądowego (dziś Wydział Inżynierii Lądowej). On był na trzecim  roku, ja na pierwszym. Rok 1952 był dla nas obu charakterystyczny. On, po III roku studiów, zostaje asystentem w Katedrze Mechaniki Konstrukcji Maszyn na WM, ja, po I roku studiów, asystentem w Katedrze Matematyki na WBL. Wspominam o tym, bowiem ma to dla naszych relacji istotne znaczenie.

W 1955 roku ja uzyskuję stopień mgr inż., a Michał dr nauk technicznych (1. w PK!). Bezpośrednio po moim dyplomie Kierownik Katedry Matematyki, prof. Z. Siedmiograj, sugeruje mi rozmowę i nawiązanie naukowego kontaktu z dr Michałem Życzkowskim, argumentując, że jest to już rzadkiej klasy naukowiec. W roku 1956 przenoszę się do Katedry Statyki Budowli i Wytrzymałości Materiałów, chcąc mieć naukową platformę wspólną z dr Michałem Życzkowskim. W 1957 r. otrzymuję od nowego opiekuna sugestię bezpośredniej współpracy naukowej. W roku 1960 dr Michał Życzkowski obronił pracę habilitacyjną a ja parę miesięcy później - doktorską.

Wspaniały, dla mnie, był ten okres bezpośredniej współpracy naukowej. I trudny. Doc. dr hab. Michał Życzkowski stale mi powtarzał, zachęcając do nauki, że doktorat nie jest celem samym w sobie, że praca doktorska jest jedynie okresowym podsumowaniem pracy naukowej i dorobku naukowego w tym czasie.

W okresie tuż przed przedłożeniem mojej pracy doktorskiej na Radę Wydziału miało miejsce zdarzenie, które sprawiło mi ogromną przykrość a dyskomfort odczuwam do dziś. Kierownik mojej Katedry nie wyraził zgody na promotorstwo pracy przez doc. Michała Życzkowskiego uznając, że promotorem powinien być on, jako kierownik Katedry(sic!). Zupełnie zaskakujące dla mnie było stanowisko Michała w tej sprawie. Piszę o tym, albowiem ci, którzy nie znali bliżej Profesora Życzkowskiego, będą mogli poznać Jego wielką skromność, która cechuje ludzi wyjątkowo mądrych. Michał próbował przekonać mnie do stanowiska kierownika mojej Katedry. Nie zgadzał się oczywiście z jego argumentacją, ale starał się zrozumieć jego stanowisko. Mówił: „Zgódźmy się; on jest w okresie przedemerytalnym, brakuje mu promotorstwa, aby otrzymać tytuł profesora zwyczajnego (dziś już nieistniejącego), kończy karierę naukową, a ja przecież zaczynam”.

I tak „Nr.1” na zaszczytnej liście 29. promotorstw prof. Życzkowskiego jest prof. dr Janusz Orkisz

W mojej pracy doktorskiej równanie różniczkowe, w zagadnieniem brzegowym rządzącym rozwiązaniem, było nieliniowe, cząstkowe, drugiego rzędu. Szukając jakiegokolwiek przybliżonego rozwiązania próbowałem dyskutować z matematykami zajmującymi się równaniami cząstkowymi na PK i UJ - bez rezultatu. Pomogła tu genialna intuicja doc. Michała Życzkowskiego i takaż umiejętność kojarzenia formalizmu matematycznego z konkretnym problemem fizycznym..

Nasza bezpośrednia, codzienna współpraca trwała aż do mojego rocznego wyjazdu z kraju, do którego też przyłożył rękę mój opiekun naukowy. Wspomnę jeszcze o jednej formie opieki, o której powinni pamiętać wszyscy kierujący zespołami naukowymi, jaką było bezwzględne wymaganie prezentacji, przez podopiecznego, każdego osiągnięcia naukowego na seminariach, sympozjach, konferencjach, kongresach itp. Doc. Życzkowski miał, z natury rzeczy, wspaniale kontakty z głównymi ośrodkami naukowymi w kraju (m.in. IPPT) i za granicą, a Jego autorytet naukowy istotnie ułatwiał przyjęcie i prezentację swoich i wspólnych z Nim prac. Pamiętam, jak jeszcze zielonego absolwenta, nieumiejącego pływać, rzucił na głęboką wodę, zabierając mnie na ogólnopolską konferencje naukową w Łodzi, gdzie miałem referować swoją pracę magisterską. Jedyną wskazówką, jakiej mi udzielił w pociagu była „naucz się na pamięć pierwsze i ostatnie zdanie twojego referatu” Nauczyłem się. Cóż z tego, skoro pierwszego zdania zapomniałem, widząc siedzących w pierwszym rzędzie najznakomitszych polskich profesorów, a między nimi prof. Stefana Ziębę, członka rzeczywistego PAN, wybitnego uczonego w dziedzinie mechaniki teoretycznej i stosowanej, znanego z ciętego i nie zawsze parlamentarnego (w dawnym tego słowa znaczeniu) języka i bezkompromisowego dyskutanta. Szukając pomocy popatrzyłem na Michała, uśmiechnął się i podniósł kciuk do góry … i poszło, nieźle.

Wyjazdy na konferencje naukowe wraz z prof. Życzkowskim to było nie tylko pobieranie profesjonalnej nauki, ale także, w głównie w latach 50. – 80., nauki,  jak spotkania naukowe za żelazną kurtyną przeżyć na zabranych z kraju konserwach, kostce masła i…..elektrycznej grzałce, która nie zawsze pasowała do gniazdka lub elektrycznego napięcia; a w kraju jak najlepiej zrelaksować umysł po całodziennym wysiłku, m.in. biorąc udział w turniejach sportowego bridge’a (a granie z Nim w parze bardzo mnie nobilitowało), które Profesor namiętnie organizował. Niektóre Jego nauki, niestety, poszły w las; chcąc zachować swoją twarz wspomnę jedynie o czyszczeniu butów (taki glanz, jak u Michała, miały tylko lakierki na sklepowych wystawach).

Profesor ukończył specjalności Technologie Maszyn oraz Pojazdy Szynowe na Wydziale Mechanicznym. W tej pierwszej dyscyplinie miał niezłą praktykę zawodową kupując (na początku lat 60.) swój pierwszy samochód - syrenkę Ja kupiłem moskwicza. Różnica w naszym materialnym „dobrobycie” wynikała stąd, że w tym czasie Michał miał już trójkę dzieci a ja tylko jedno i byłem bezpośrednio po rocznej pracy w Politechnice Sztokholmskiej. Wspólną cechą obu pojazdów były stale awarie. Wracając raz z wakacji nad morzem, starałem się jechać za Nim, bo Michał był fachowcem a ja do dziś nie wiem, co jest pod maską i do dziś nie wiem, jak mogła wtedy jechać syrenka, której jakiś tam element wymagał, w czasie jazdy, permanentnego pociągania za sznurek, (którego zapas miał w bagażniku; do dziś też nie mogę zrozumieć, dlaczego w PRL. był permanentny brak sznurka). Takie rzeczy Michał też potrafił!!

W końcu Profesor postanowił, że musimy zmienić samochody a jedyną wówczas szansą na to było kupno wspólnego. Podjął się „załatwienia” talonu. I załatwił. Kupiliśmy fiata 125. Michał opracował, w dwóch jednobrzmiących egzemplarzach, specjalny regulamin użytkowania. To był meisterstűck. Niestety nie znalazłem oryginału w moim archiwum. Wbrew przewidywaniom otoczenia – przyjaźń nasza bardziej się pogłębiła w tym czasie.

Tworzyliśmy od podstaw, przez nas pomyślaną, nową dydaktyczną międzywydziałową specjalność teoria konstrukcji inżynierskich, curriculum, której miało być podobne do programów uczelni zachodnich. Postanowiliśmy przedstawić propozycję powołanemu, przez rady Wydziałów, specjalnemu zespołowi, w którym mieliśmy tę przewagę, że posiadaliśmy własne, zdobyte w uczelniach zachodnich, doświadczenia programowe. Dyskusja była niezwykle szczegółowa i zacięta. W jakiejś tam kwestii zdecydowana większość wypowiadała się inaczej niż Michał. I wtedy po raz pierwszy i po raz ostatni widziałem jak Michał się zdenerwował, stwierdzając, że dotychczas spotykał się tylko ze zbiorową mądrością. I wygrał! (..śmy!)

Nawiązując do wspomnianej powyżej łacińskiej sentencji, jako znakomity przykład, którym chciałbym zakończyć wspomnienie o Przyjacielu, jest opis wyjątkowego dla mnie zdarzenia, które zgodnie z francuskim powiedzeniem „quand nous faisons du bien a quelqu'un ecrivons le sur le sable, mais quand quelqu'un nous fait du bien gravons le dans la pierre” wykułem w kamieniu. W stanie wojennym złożyłem swoją legitymację partyjną PZPR. Długo trwała dyskusja w Komitecie Uczelnianym. W międzyczasie odwiedził mnie w domu Michał z Małżonką Teresą. Przynieśli mi bukiet biało czerwonych goździków. Tyle i aż tyle!!

 

Jak nie szanować, kochać i stale pamiętać o takim Człowieku !?

 

em. Prof. dr Stefan Piechnik

Politechnika Krakowska