JANUSZ  ORKISZ

 

 

Profesor Michał Życzkowski

wspomnienia pierwszego doktoranta

 

 

Gdy przywołuję w pamięci ciągle dla mnie żywą postać Profesora Michała Życzkowskiego – to staje On przed moimi oczami, z jednej strony jako bardzo wybitny uczony i mój Mistrz, a z drugiej jako Człowiek i Przyjaciel. Poznałem Go jeszcze jako student piątego roku Wydziału Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej. Był wówczas pracownikiem naukowym (wtedy adiunktem) na Wydziale Mechanicznym i prowadził z nami ćwiczenia z teorii sprężystości. Czynił to w sposób bardzo zajmujący i zarazem znamionujący Jego wielką wiedzę oraz wysoki kunszt dydaktyczny.

Warto tu dodać, że z nazwiskiem Życzkowski zetknąłem się już dużo wcześniej niż na studiach, bo jeszcze w szkole podstawowej. Byłem wówczas uczniem Szkoły Ćwiczeń Uniwersytetu Jagiellońskiego, a moim nauczycielem śpiewu i dyrygentem szkolnego chóru „Dzieci Krakowskich” był Dr Józef Życzkowski, ojciec Michała.

Po ukończeniu studiów politechnicznych w roku 1956 zostałem asystentem w Katedrze Statyki Budowli i Wytrzymałości Materiałów, kontynuując równocześnie studia fizyki teoretycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jeszcze przed ich ukończeniem zacząłem się rozglądać za odpowiednią tematyką z zakresu mechaniki, która mogłaby być podstawą mojej przyszłej pracy doktorskiej. Właśnie wtedy Stefan Piechnik, mój kolega z katedry, późniejszy dziekan Wydziału Budownictwa, a następnie prorektor Politechniki Krakowskiej, namówił mnie do kontaktu z Michałem Życzkowskim (wówczas już docentem habilitowanym), z którym sam już od pewnego czasu owocnie współpracował naukowo. Z uwagi na moje rozliczne zajęcia (asystentura, studia, sport wyczynowy, harcerstwo, ...) bliższą współpracę podjąłem jednak dopiero po ukończeniu przeze mnie studiów uniwersyteckich (1960). Ta współpraca stała się od razu bardzo intensywna, ponieważ obu nam zależało na szybkim ukończeniu mego doktoratu.

Otrzymałem od Niego propozycję opracowania przybliżonej, lecz możliwie dokładnej metody analizy ugięć sprężysto-plastycznych belek o dowolnym przekroju. Ścisła postać równania opisującego takie ugięcia istotnie zależy od kształtu przekroju poprzecznego belki. Aby uwolnić się od tej niewygodnej zależności zaproponował On zastąpienie rzeczywistego przekroju belki przekrojem hipotetycznym w postaci zestawu teoretycznych półek, których skupione pola powierzchni oraz lokalizację trzeba odpowiednio dobrać na podstawie zaproponowanych przez siebie, dobrze uzasadnionych kryteriów. Było to przede wszystkim wymaganie, aby oba przekroje miały równe momenty kolejnych rzędów. Takie sformułowanie ma dogodną fizyczną interpretację (pole powierzchni, moment statyczny, moment bezwładności, ...), co m.in. przekłada się na równą nośność sprężystą i graniczną w obu prętach, a poza tym ma ogólny charakter i może być stosowane nie tylko do obliczania ugięć belek niesprężystych.

Spotykaliśmy się raz w tygodniu. Trzeba było stale mieć coś nowego do pokazania i przedyskutowania. Należy podkreślić, że dostępnych komputerów jeszcze wtedy nie było. Wszystkie obliczenia wykonywało się na suwaku, lub (lepiej) na „kręciołku”. Byłem w uprzywilejowanej sytuacji dysponując takim sprzętem w domu. Była to własność Katedry Geofizyki Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, uratowana przez mojego ojca (docenta habilitowanego w tej katedrze) przed konfiskatą przez okupacyjne władze sowieckie, a potem niemieckie. Pracowaliśmy więc nad analizą ugięć belek na tyle intensywnie, że od momentu podjęcia pracy doktorskiej do jej zakończenia upłynęło zaledwie 7 miesięcy, co z perspektywy czasu może się dziś wydawać mało wiarygodne, a jednak tak było! W rezultacie zakończenie mego przewodu doktorskiego i Jego nominacja profesorska niemal zbiegły się w czasie.

Nasza współpraca nie zakończyła się na doktoracie i trwała przez wszystkie dalsze lata, aż do Jego odejścia. Oczywiście jej formy zmieniały się z biegiem czasu. Na początku było to przygotowanie i wysyłanie do druku szeregu publikacji, które były związane z tematyką mojej pracy doktorskiej. Rzetelna publikacja oryginalnych wyników prac badawczych zawsze była w centrum uwagi Profesora. Pamiętam, że na skutek Jego wymagań, mój pierwszy artykuł musiałem (i to słusznie!) poprawiać blisko dziesięć razy zanim nauczyłem się podstawowych standardów pisania prac naukowych. Podobnie było z jego korektą. Po moich poprawkach Profesor znalazł w nim jeszcze kilkadziesiąt formalnych usterek. Byłem wówczas dumny, gdy udało mi się potem wykryć jeszcze dużo więcej uchybień.

Po zakończeniu naszych prac nad tematyką związaną z moją rozprawą doktorską, Profesor nadal czuwał nad moim dalszym rozwojem naukowym, dbając także o formalne uznanie dla mojego dorobku (np. nagroda IV Wydziału PAN im. Jasińskiego). W perspektywie habilitacji, troszczył się również o zapewnienie mi stażu naukowego za granicą. Oczywiście wiązało się to ze zmianą tematyki naukowej oraz naszej współpracy. W ten sposób, dzięki Profesorowi, wyjechałem w 1963 roku do Instytutu Mechaniki Akademii Nauk ZSRR, aby przygotować tam rozprawę habilitacyjną pod kierunkiem profesora A.S.Grigoriewa, z którym mnie On zapoznał.

Na kolejnych szczeblach mojej kariery naukowej Profesor wspierał mnie, naprzód jako recenzent mojej pracy habilitacyjnej, a następnie wniosku o nadanie mi tytułu profesora  oraz jako opiniodawca wielu prac doktorskich, których byłem promotorem. Zawsze mogłem liczyć na Jego rzetelną, wnikliwą, krytyczną lecz obiektywną a przy tym życzliwą opinię w różnych sprawach, z czego często korzystałem.

Z perspektywy ubiegłych wielu lat, nie mniej ważny był fakt przekazania mi (zresztą nie tylko mnie) swego głębokiego, bogatego, wręcz wzorowego warsztatu naukowego. Stało się to nie w stylu „ex katedra”, lecz drogą osobistego przykładu i dyskusji. O ile samo zainteresowanie nauką i zamiłowanie do niej oraz znajomość podstawowych zasad postępowania obowiązujących każdego uczonego zawdzięczam mojemu ojcu Henrykowi, nestorowi polskiej geofizyki, to całą praktyczną szkołę odbyłem u Profesora Michała Życzkowskiego. To od Niego nauczyłem się warsztatu naukowego niezbędnego do właściwego prowadzenia prac badawczych.

Warto tu też podkreślić wielką otwartość i życzliwość Profesora, którą bardzo dobrze charakteryzuje przypadek doktoratu Tadeusza Liszki. Profesor widząc, że się nam z Tadeuszem dobrze współpracuje, nie wahał się oddać go pod moją opiekę naukową. Stało się tak pomimo tego, że Tadeusz był najlepszym absolwentem Wydziału Mechanicznego PK, jaki pojawił się na tym wydziale od czasu, gdy ukończył go właśnie Michał Życzkowski. A mógł przecież On sam, jako promotor wiele z takim doktorantem osiągnąć.

Na „warsztat naukowy” Profesora składało się wiele elementów. Przede wszystkim u podstaw leżał poważny, rzetelny stosunek do nauki oraz do osiągnięć innych badaczy. Profesor szczególny nacisk kładł na to, aby praca naukowa była prezentowana na wiarygodnym, udokumentowanym tle aktualnego stanu wiedzy. Stąd wielkie znaczenie rzetelnego studium literatury przedmiotu. Sam dysponował wspaniałą, własną biblioteką, w której można było znaleźć „wszystko”, w tym prawdziwe „białe kruki”. Praca musi „samą siebie przedstawiać na tle aktualnego stanu wiedzy w rozważanej tematyce” mawiał. Wymagał tego od swoich współpracowników i sam czynił wszystko, aby tak było. Powszechnie znany jest fakt, że w najważniejszej monografii swego autorstwa: Combined Loadings in the Theory of Plasticity, cytował i omówił ponad 3000 pozycji literatury.

Był gorącym zwolennikiem szybkiego publikowania osiągniętych rezultatów naukowych, lecz jednocześnie zdecydowanym przeciwnikiem prac przyczynkarskich. Dlatego, zachęcając nas do publikacji tylko w godnych tego czasopismach, które jednak na ogół miały długi cykl wydawniczy, proponował równocześnie aby najważniejsze wyniki publikować także w Biuletynie PAN, który będąc prestiżowym czasopismem zapewniał jednocześnie szybkie ukazanie się skierowanej tam pracy. Nasze prace kierował tam naprzód za pośrednictwem prof. Wacława Olszaka, a później już osobiście, gdy został członkiem PAN. Potrafił także w prosty, czytelny sposób rozwiązywać często drażliwe kwestie współautorstwa prac. Jego praktyczna zasada brzmiała: „co druga praca wspólna z promotorem, co druga własna doktoranta”.

Spotkania dyskusyjne z każdym z doktorantów odbywały się z reguły regularnie raz na tydzień, w terminach z góry ustalonych, od czego oczywiście były niekiedy wyjątki. Profesor prowadził własny rejestr pomysłów i problemów, tak swoich jak i współpracowników, które były skrupulatnie zapisywane w specjalnie temu poświęconych kolejnych zeszytach. W ogóle wszystko u Niego było uporządkowane i usystematyzowane. Przy swej niewątpliwej pedanterii miał jednak duże poczucie humoru, któremu w rozmaity sposób często dawał wyraz. Jako skuteczny improwizator, który na ogół nieźle sobie radzi w sytuacjach nadzwyczajnych, wymagających nietypowych rozwiązań i pomysłów, ale nie przepada za usystematyzowaną pracą, miałem nieraz kłopot z dostosowaniem się do takiego podejścia. Pod tym względem dużo lepiej radził sobie mój kolega z roku Zenon Waszczyszyn, którego udało mi się zaproponować Profesorowi jako jego kolejnego (już czwartego) doktoranta. Ta współpraca okazała się na tyle skuteczna, że z czasem on też został profesorem zwyczajnym i członkiem PAN oraz PAU.

Bardzo ważnym elementem warsztatu naukowego Profesora były seminaria naukowe (połączone nieraz z „herbatkami”), które zapewniały swobodną, na istotnym poziomie naukowym prowadzoną merytoryczną dyskusję. „Zespół, który nie prowadzi seminarium naukowego, nie jest zespołem, on nie żyje” – mawiał, podkreślając wagę seminariów. Na tych seminariach konsekwentnie przestrzegał zasady, że atakuje się problem, a nie człowieka, który go prezentuje. Seminaria Profesora były przez lata dla nas, Jego uczniów, najlepszą kuźnią wiedzy i najlepszym wzorcem do naśladowania w pracy z naszymi wychowankami.

Trzeba tu dodać, że znacznie zaawansowane prace, zwłaszcza te o istotnej wartości naukowej były zgodnie z życzeniem Profesora prezentowane przez Jego doktorantów także na seminariach Instytutu Podstawowych Problemów Techniki w Warszawie, gdzie były one poddawane wnikliwej i ostrej krytyce. To był na ogół prawdziwy chrzest bojowy dla doktorantów Profesora, po którym sama obrona mogła się już wydawać zwykłą formalnością.

Profesor bardzo dbał o integrację grupy swych współpracowników. Przybierało to rozmaite formy, jak stałe seminaria, herbatki, wspólne wyprawy w teren (np. wycieczka na Leskowiec). Na swoje (i żony) imieniny zwykł zapraszać do siebie „całe środowisko mechaników” (i nie tylko!). Elementem tej integracji był też wprowadzony przez Niego obyczaj zbierania i gromadzenia na ścianach Jego gabinetu portretów Jego wychowanków, a więc doktorów, doktorów habilitowanych, profesorów, ... Dla każdego z tych etapów kariery naukowej obowiązywała specjalna ramka, w którą oprawione było zdjęcie.

W całej swej postawie i prowadzonych przez Niego różnorodnych działaniach, zwłaszcza tych naukowych, była bezwzględna supremacja rzetelności podejścia, cechującego się otwartością i życzliwością dla ludzi, połączona z bezkompromisową walkę o prawdę naukową. Była to dla nas, Jego uczniów, wspaniała szkoła naukowa, w której mogliśmy pełnymi garściami czerpać przykład i wiedzę od naszego Mistrza. Mogę być szczególnie wdzięczny losowi za to, że w tej Szkole, na długiej liście jej znamienitych wychowanków, przypadło mi w udziale pierwsze miejsce.

Był nie tylko człowiekiem dużej wiedzy, ale i głębokiej wiary. Poprzez swoją żonę Teresę (dr chemii na UJ), należącą do kręgu przyjaciół „Wujka”, utrzymywał specjalny kontakt z Ojcem Św. Janem Pawłem II, który w przeszłości udzielał im ślubu, a potem chrzcił wszystkie ich dzieci.

Obok nauki bardzo interesował się On też sprawami przemian posierpniowych w kraju, bardzo życzliwie, ale i krytycznie oceniając kierunki i praktyczną realizację tych zmian. Jako osoba bezpośrednio i głęboko zaangażowana w te działania, nieraz miałem okazję do prowadzenia z Nim poważnych dyskusji na te tematy.

Obok rozmaitych relacji o charakterze naukowym, z biegiem czasu z inicjatywy Profesora rozwinęły się miedzy nami także bliskie więzi przyjacielskie, które również objęły obie nasze rodziny. Dotyczyło to, nie tylko naszych żon, ale również dzieci, których każdy z nas miał czworo. Profesor był świadkiem na naszym ślubie, wiele razy odwiedzaliśmy się wzajemnie, a rozmaitych przyjacielskich kontaktów pomiędzy Jego i naszymi dziećmi nie byłbym w stanie zliczyć. Mimo upływającego czasu, te przyjaźnie trwają do dziś i nagle tylko Jego zabrakło!

Jego odejście było i ciągle jeszcze jest dla mnie wielkim zaskoczeniem. Nie potrafiłem uwierzyć, że ten pełen życia i energii Człowiek mógł być śmiertelnie chory. A jednak tak się stało i fizycznie nie ma Go już między nami. Natomiast Jego duch jest ciągle obecny. Towarzyszy nam w trudnych chwilach, kiedy potrzebujemy Jego dobrej, mądrej rady, rzetelnej oceny i wsparcia. I tak niech będzie dalej!

 

 

Prof. Janusz Orkisz

Politechnika Krakowska