ADAM ŻYCZKOWSKI

 

Michał Życzkowski prywatnie

na podstawie wspomnień i korespondencji

 

 

Z okazji 80 rocznicy urodzin mojego ojca Michała Życzkowskiego, zostałem poproszony, aby przypomnieć, w jaki sposób, zachowywal się On poza środowiskiem akademickim. Aby to uczynić sięgnąłem do wspomnień i jego prywatnej korespondencji jeszcze z czasów przed moim urodzeniem. Dopiero teraz potrafię zauważyć jak stosunek mojego Ojca do otaczającej go rzeczywistości, który wtedy, kiedy żył wydawał mi się jak najbardziej naturalny, różnił Go od innych. Mogę stwierdzić, że również w życiu prywatnym ojciec zachowywał się po prostu tak jak profesor nauk inżynieryjnych. Był niezwykle spostrzegawczy, umiał wymyślić lub zastosować metody numeryczne do oceny rzeczywistości oraz umiejętnie i często z poczuciem humoru zinterpretować ich wyniki. Cechował się również absolutnym brakiem tolerancji dla niskiej jakości pracy. Myślę, że właśnie to podejście, które stosował w życiu prywatnym pozwoliło mu na osiągnięcie sukcesów zawodowych.

Kiedyś moja ciotka, żyjąca na stałe w Kaliforni wspominała jak jej mąż i jego kuzyn tam żyjący, po cichu, lecz serdecznie podśmiewali się z mojego Ojca. Podczas wizyt w supermarkecie w latach 60-tych Ojciec bardzo skrupulatnie przeliczał używane tam jednostki wartości i miary, czyli dolary za jedną uncje, na polskie złotówki za jeden dekagram, aby sprawdzić, co się opłaca kupić a co nie. Swoje obliczenia Ojciec przeprowadzał na suwaku logarytmicznym, którego wiele osób po prostu nie rozumiało i nie potrafiło używać.

Dla młodszych czytelników tego artykułu wyjaśniam, że suwaki logarytmiczne, były narzędziami szeroko stosowanymi przez inżynierów, zanim zostały wyparte przez kalkulatory pod koniec lat 70-tych. Suwak logarytmiczny umożliwia mnożenie, dzielenie i wiele innych działań w pewnym przybliżeniu. Jego działanie bazuje na fakcie, że logarytm iloczynu jest równy sumie logarytmów. Mając wielką wprawę w używaniu suwaka Ojciec za jago  pomocą chętnie przeliczał jednostki oraz porównywał ceny w sklepie  i mógł sprawdzić opłacalność zakupu dosłownie w ciągu kilku sekund.

 

Suwak logarytmiczny

 

Na zakończenie tego wspomnienia, ciotka westchnęła „a teraz to wszyscy liczą sobie w sklepach na kalkulatorach przymocowanych do wózków i nikt się z nich nie śmieje”. Ojciec wzbudzał uśmiech licząc na suwaku w amerykańskim sklepie, a tak naprawdę możnaby go uznać za kogoś, kto zauważył taką potrzebę i był prekursorem metod przeliczeń na kalkulatorach w supermarkecie, a także prekursorem internetowych konwerterów jednostek i programów porównujących ceny w różnych miejscach na ziemi.

 

Korespondencja mojego Ojca z dłuższych wyjazdów zagranicznych była bardzo charakterystyczna. Pisał On obiektywne opracowania na tematy, które go zainteresowały, które sam nazywał „biuletynami”. Biuletyny były pisane na maszynie przez kalkę w kilku kopiach po obu stronach papieru i wysyłane do rodziny oraz najbliższych znajomych w załączeniu do listów osobistych.

Przebywając w Anglii na stypendium w Imperial College, dnia 15 czerwca 1958 Ojciec w następujący sposób opisał w swoim biuletynie pewne zjawisko akustyczne:

Ubiegły wtorek (10. VI.) był trudny do wytrzymania: jak o dwunastej w południe zaczęły dzwonić dzwony na wieży Imperial Institute, to po prostu nie mogły skończyć. Wytłumaczenia nie trzeba było daleko szukać: pierwszy lepszy Anglik objaśnił, że tak obchodzą urodziny Jego Wysokości Księcia Małżonka Filipa. Dzwonów jest pięć, nastrojonych o ile pamiętam, na „do”, „re”, „mi”, „sol” i „la”, i nastawione są na automatyczne układanie wszystkich możliwych melodii, których, jak uczy elementarna algebra klasyczna, może być 5! = 120, mianowicie 1 2 3 4 5, 1 2 3 54 , 1 2 4 3 5,1 2 4 53  itd. 120 razy. Nic, więc dziwnego, że to wydzwanianie musi trwać tak długo. Ale wszystko ma swój koniec, trzeba tylko przeczekać.”

W ten sposób mój Ojciec obliczył, że na cześć Księcia Filipa dzwony biły 120 permutacji po 5 uderzeń, a więc 600 razy.

 

Mój Ojciec często używał liczb w sposób zgodny ze swoim charakterystycznym poczuciem humoru.  Dnia 20. IV. 1958 napisał w swoim biuletynie paragraf pod tytułem „Pewna nowa metoda w teorii geografii”, w której zastosował ciekawy sposób oznaczania zależności zjawisk ekonomicznych od położenia geograficznego.

Dotychczas nie podano w geografii prostej i dokładnej metody oznaczanie długości geograficznej miejsca pobytu bez specjalnych przyrządów. Zaproponowaniem takiej metody zajmuje sie właśnie niniejsza praca. Metoda spełnia wszelkie wymagania, choć posiada nieco ograniczony zakres stosowalności.

Podstawy teoretyczne metody opierają się na stwierdzeniu, że kolejno, w Anglii ser szwajcarski (w przeciętnym gatunku) jest znacznie tańszy od kiełbasy (w przeciętnym gatunku), w Niemczech – nieco tańszy, w Polsce cena jest prawie ta sama, w ZSRR dużo droższy. Tak więc należy tylko spytać się przygodnego przechodnia, jaka jest w okolicy cena sera szwajcarskiego i kiełbasy, ponieważ stosunek tych cen jest, jak widać  monoto-nicznie malejącą funkcją długości geograficznej na wschód od Greenwich, więc określenie tej długości z dużą dokładnością nie przedstawia już żadnych trudności. Bliższe szczegóły metody zostaną wkrótce opublikowane w Acta Geographica Academiae Picutcoviensis.”

 

Mój Ojciec lubił słodycze. Zawsze, od kiedy pamiętam, miał w biurku tabliczkę dobrej czekolady i to najczęściej takiej z orzechami lub z rodzynkami namoczonymi w rumie, której kawałkiem codziennie osładzał sobie trudne życie naukowca inżyniera. Ale także przy spożywaniu słodyczy potrafił odróżnić dobry produkt od zwykłej tandety i skrytykować twórców takowej. Dnia 21. III 1958 w swoim biuletynie napisał:

Różne już się jadło cukierki i podobne słodycze, lepsze i gorsze. Dowcip w tym, że się jadło. Inny był koniec migdałów w pomadzie, których na szczęście tylko ćwierć funta, kupiliśmy tu kiedyś. Jest to wynalazek absolutnie niejadalny: pomadka ma twardość 62o w skali C. Rockwella i jest fatalnie perfumowana. Natomiast po rozbiciu młotkiem pęka i migdał i nawet te okruchy nie bardzo dają się zjeść. Anglicy nie mają pojęcia o wyborach cukierniczych!”

 

Przytoczę też fragment biuletynu z dnia 11. V. 2008, w którym bezlitośnie krytykuje niskie standardy pracy na angielskiej uczelni:

Wśród tutejszych wykładowców, oprócz wybitnych, jest też wiele miernot: podobno dlatego, że najzdolniejszych wyciąga przemysł, albo ... USA i Kanada. Jeden np. prowadząc wykład o funkcji Airy’ego, wybitnego uczonego angielskiego XIX w., dobrze znanego nawet naszym studentom, powiedział na wstępie wykładu, że nie pamięta, czy się pisze Airy czy Airey. Inny zrobił jeszcze lepszy kawał; prowadząc na wykładzie obliczenia numeryczne, prosił o ich skończenie słuchaczy w domu (całe audytorium składało się tylko z trzech słuchaczy, inni już poprzednio uciekli). Na następnym wykładzie, który miał być kontynuacją poprzedniego, wielka konsternacja: nikt nie dokończył rachunków bezbłędnie, a on też nie, bo pomyślał, że ktoś to zrobi. No, to właściwie nie mogę dalej prowadzić wykładu... – oświadczył, i ostatecznie oparł go na błędnych rachunkach.”

 

A na koniec nutka romantyczna. W pierwszej połowie roku 1958 Ojciec był już w bliższej znajomości z moją matką, Teresą Heydel. Mama była wtedy młodą doktorantką chemii piszącą pracę o bezwodnikach. Na koniec swojego, niezwykle konkretnego listu z dnia 25 maja 1958, który z założenia miał być chyba listem miłosnym, napisał najbardziej romantyczne zakończenie, na które go było stać:

Życzę Ci pomyślnego bezwodnika – na dobranoc, bo jest 23:50 – siadam jeszcze do paru całeczek, a jako że dotyczą one ściskania, więc przesyłam i Tobie serdeczne uściski.”

 

Dla wszystkich osób mających wątpliwości, co do skuteczności tej ostatniej metody pozdrowień ukochanej, niniejszym potwierdzam jej skuteczność faktami. Rodzice zaręczyli się już na jesieni tego samego roku. A ja wraz z bratem bliźniakiem urodziłem się niecałe 2 lata później.

 

 

Adam Życzkowski,

Kraków, 12 lutego 2010